Flaki z niczego, ale za to z majerankiem

Zachciało mi się ugotować flaki. Zwykle przyrządzam je z bogatym zestawem warzyw. Zwykle porcję tzw. włoszczyzny mam w lodówce. Ale jej nie miałam. Nie sztuka popędzić do sklepu. Poradziłam sobie przyrządzając flaki z tym, co w domu było.

Flaki na mój sposób

porcja flaków wstępnie obgotowanych

sos pomidorowy z cebulą, czosnkiem i ziołami

2 kostki bulionu wołowego lub warzywnego

papryka sypka słodka i ostra

majeranek

zasmażka z masła i łyżki mąki

do podania: świeże zioła, cebula podsmażona, ser tarty

Flaki zagotować, wodę odlać. Przyrządzić bulion z kostek (2 na litr wody), włożyć flaki, gotować aż będą bardzo miękkie. Wtedy dolać sos pomidorowy. Przyprawić papryką i majerankiem. Pogotować. Podawać gorące. Na stole obok wazy lub garnka z flakami postawić dodatki.

Można dodać: no i zimne piwo. Bardzo pasuje do gorących flaków. Serem powinien być pikantny parmezan. Ku swojemu zdziwieniu też go nie znalazłam w lodówce. Wzięłam więc ser szwajcarski z charakteru i też się nadał. Gdy daje się bulion z kostki – nie używa się soli. Zamiast papryki mnożna wziąć pieprz. Z zasmażki można zrezygnować, ale chciałam, aby potrawa nie była wodnista, oprócz tego smak świeżego masła wzbogacił jej smak. Cebula smażona to gotowy wyrób, sprzedawany w sklepach z żywnością orientalną. Świeże zioła postawione już na stole to: majeranek, natka pietruszki, koperek, kolendra. Można je wymieszać lub każde podać oddzielnie. Sos pomidorowy dałam w miejsce zwykle używanych warzyw i cebuli, której, jak się okazało, także nie miałam (gdybym miała, to bym ją spożytkowała w zasmażce). A miseczka sosu stała w lodówce.

Tak ugotowałam flaki z niczego, jak to mawiały dawne gospodynie. I były niczego sobie. Z klasycznych do nich przypraw dodałam, obok papryki, tylko majeranek. Przyprawa to bardzo polska i jedno z ziół ułatwiających trawienie. Może dlatego do flaków zawsze w Polsce dodawane. Za zgrabną książeczką Anny Czerni pt. „Gospodarstwo pod gruszą” (Wyd. Watra, 1985) nieco majerankowej teorii: „Występuje na suchych wzgórzach, brzegach lasów i w widnych zaroślach. Jest to roślina o drobnych, owalnych liściach, wyrastająca do wysokości 80 cm. Kwiatki jej, w kolorze różowofioletowym skupione są na wierzchołkach łodyżek. Majeranek ma korzenny zapach, podobny do macierzanki. Szczypta ususzonego ziela uszlachetni smak wielu zup. np. kartoflanki, grochówki lub jarzynowej. Świeże, drobno pokrajane listki bardzo podnoszą smak zupy pomidorowej. Można je także dodawać do zielonego groszku, fasoli, a nawet bobu. Przed pieczeniem naciera się majerankiem drób, a jeśli kto lubi – wieprzowinę i baraninę”. Skoryguję, biorąc pod uwagę rok wydania książki: raczej nie kto lubi, ale kto ma. Mięso chyba jeszcze było na kartki, a jeżeli już nie, to i tak nie można było go kupić bez bólu.

Ta autorka nie wymienia flaków, ale już Tadeusz Żakiej, jako Maria Lemnis i Henryk Vitry, w „Iskier przewodniku sztuki kulinarnej” o tym zastosowaniu majeranku nie zapomina i pisze barwnie: „Dawniej sądzono, że majeranek ma rozliczne właściwości lecznicze. Niestety, nauka nie kwapi się z potwierdzeniem tych przypuszczeń, natomiast wszyscy są zgodni, że jako przyprawa do flaczków, zupy ziemniaczanej, schabu, kiełbas itp. – majeranek jest niezastąpiony”. Tego się trzymajmy, zwłaszcza że jeszcze mocniej podkreśla to zastosowanie Maciej E. Halbański w „Leksykonie sztuki kulinarnej”: „Wysuszone liście majeranku o mocnym aromacie są popularną w kuchni polskiej przyprawą kuchenną, dodawaną do zupy grochowej i ziemniaczanej; nieodłącznie towarzyszy flakom”.

No właśnie. Aby tylko go trzymać w szczelnie zamykanym pojemniku, aby nie zwietrzał. A jak dawno znano w Polsce majeran, wyczytamy u Zygmunta Glogera w dziele jego życia, czyli „Encyklopedii staropolskiej”:

Łukasz Górnicki opowiada w połowie XVI w., że „jedni do J. M. księdza biskupa, drudzy do ogroda na przechadzkę poszli”. Przez wirydarze (z łac. viridis, zielony) rozumiano ogródki kwiatowe, w których zwykle rosły: majeran, bazylika, szałwja, ruta, fijołki, gwoździki, lilje, róże, kosaciec, boże drzewko, rozmaryn, lawenda, krokosz, szpikanarda i inne. O ogródku takim mówi Zimorowicz: „Wirydarz pięknemi usadzony zioły”. (…)

Prawdziwą rozkoszą dla rządnej i pracowitej szlachcianki był ogród wiejski, gdzie hodowała: róże, maliny, agrest, porzeczki, ogórki, szafran morawski zwany krokoszem, obficie używany w kuchni polskiej do ciast i sosów, majeran do kiełbas, koper zielony do kwaszenia ogórków, szałwję, rzeżuchę, rzepę, rzodkwie i sałaty.

Na koniec uroczo dowcipny opis zastosowania majeranku i dowód na to, jak wszechstronną może być przyprawą. Jerzy Zaruba w „Przekroju” publikował wspomnienia, zebrane potem w tomie zatytułowanym  „Z pamiętników bywalca”. Oczywiście, znakomicie przez niego ilustrowane. Oto fragment tych wspomnień, drukowany w roku 1947, z majerankiem w roli głównej:

 

Do bywalców „Udziałowej” oprócz Fiszera, Witkowskiego, Rocha Kowalskiego, Świdwińskiego, Dunikowskiego i Stasinka Sierosławskiego należał również Feliks Jabłczyński, jeden z „Marchołtowców” („Marchołt” – pismo satyryczno-literackie). Był to także typek.

Znakomity akwaforcista oraz wynalazca, wreszcie dziwaczysko w jednej osobie. Poza przesiadywaniem wiecznie w cukierni wiecznie pracował nad jakimś wynalazkami. Wynalazł na przykład: mydło do mycia zepsutego mięsa, nigdy nieschnące farby olejne, elektryczny przyrząd do gaszenia świec itp. Zasypywał on przy tym różne ministerstwa najfantastyczniejszymi projektami uzdrowienia finansów, reform z dziedziny obyczajowości, tańców itp.

Poza tym jego sztychy kolorowe motywów Starego Miasta dawały mu niezłe dochody. W czasach „Marchołtowych”, udałem się do niego z jakimś rysunkiem. Mieszkał w hotelu „Wiktoria” na Jasnej. Zamiast szlafroka miał na sobie jakąś wschodnią serwetę, spiętą pod szyją antyczną broszką. Zastałem go nad ustawionym na dwóch prymusach wielkim saganem, z którego wydobywały się dość niepokojące kulinarne zapachy. Wyglądał jak czarnoksiężnik.

 

– Gotuję właśnie obiadek – powiada witając się ze mną.

– Jak to, taki sagan? To chyba na jakieś dziesięć osób? – pytam. – Przecież pan tego nie zje za miesiąc.

– Nie, to tylko dla mnie, ale ja gotuję obiad raz na tydzień. Mniej kłopotu.

Potem wyjaśnił: – Idę, widzi pan, na targ, kupuję włoszczyznę, makaron, kaszę, trochę wieprzowiny i cielęcinę, jakaś rybę. Wszystko to potem zalewam wodą i gotuję. Trochę soli i pieprzu. Wygoda! – Mam na przykład dziś apetyt na rybę, poszperam w garnku i mam rybę. Chcę trochę makaronu – mam makaron. Chcę zupę – mam zupę.

– I czy to dobre? – pytam niezbyt dowierzająco.

– No – mówi z wahaniem – wcale nie złe, zresztą – dodaje – jak bardzo niedobre, to posypuję wszystko majerankiem…

Bo to naprawdę przyprawa do wszechstronnego zastosowania!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s