W podróży

dnia

Wracamy z wakacji. Gdy mamy przed sobą nieco ponad 2000 km drogi do pokonania, musimy zaplanować, gdzie po drodze się zatrzymywać, gdzie nocować, gdzie i co jeść. Ponieważ sporą część naszej trasy stanowią autostrady (nie całą; kochamy jeździć „interiorem”, ale taką drogę trzeba by liczyć na tygodnie), nie mamy możliwości poszukiwania ciekawych restauracyjek z regionalnym jedzeniem. Są natomiast duże sieciowe restauracje, niekiedy wręcz kombinaty jedzeniowe ze standaryzowanymi zestawami obiadów. Już dawno takie miejsca przestały nam odpowiadać. Chociaż przyznam, że podczas pierwszych wyjazdów „na Zachód” z ciekawością z nich korzystaliśmy.

Teraz mam największą przyjemność z przygotowywania swoich zapasów, umieszczania ich w torbie izotermicznej i spożywania na najładniej położonych parkingach, takich ze stoliczkami położonymi wśród zieleni. Tych parkingów jest coraz więcej, są coraz lepiej wyposażone. Niektóre – takie widzieliśmy we Francji, urządzone są gustownie – mają nawet place zabaw dla dzieci. Można na nich świetnie odpocząć. Pod warunkiem, że nie korzysta z nich na raz zbyt wiele podróżujących rodzin. Chyba że ktoś lubi gwar i tłok oraz przyglądanie się innym podróżującym. Nawiasem, to też jest ciekawe!

Takie jedzenie na parkingu musi być bezpretensjonalne i proste. Wracając z Francji oczywiście zabraliśmy tamtejsze produkty. W ich skład wchodziły tamtejsze kiełbaski. Ze względów nostalgicznych – jedno z nas jest née à Toulouse – kupiliśmy surowe kiełbaski tuluzańskie. Są z przyprawionej umiarkowanie pikantnie wieprzowiny. Smaczne i wręcz delikatne.

Opiekliśmy je na przywiezionym z Polski jednorazowym grillu. Na taki obiad mogą sobie pozwolić ci podróżnicy, którzy jadą, tak jak my, nieśpiesznie. Usiedliśmy z naszym grillem z boku, aby nikomu nie przeszkadzać. Bo dymu wydziela się jednak sporo. Po podpaleniu trzeba czekać co najmniej 20 minut, aż będzie można grillować – jak zwykle, ogień musi całkiem zgasnąć. Po jedzeniu węgle koniecznie trzeba zalać wodą lub przysypać piachem, aby nie podpalić parkingowego śmietnika.

Do dyżurnych kiełbasek – hiszpańskie chorizo, polskie najrozmaitsze, podobne do nich różne niemieckie, arabskie marquezy, angielskie śniadaniowe itd., itp. – dołóżmy jakieś warzywa. Ja bardzo lubię grillowane pomidory. Ale można spakować cukinię, paprykę, nawet cebulę. Co kto lubi. A może owoce? Na grillu opiekam także pieczywo. Zwłaszcza to, które podróżuje z nami drugi czy trzeci dzień. Do takiego „obiadu” komu wolno, może sięgnąć po szklaneczkę wina. Dobrze widziana jest sałata albo wszelkie surówki. Jedną zrecenzuję: od francuskiej wersji sałatki coleslaw, znacznie lepszy, o niebo lepszy, jest polski „kolesław”.

Wracamy, wracamy. W sumie podczas całych wakacji przejechaliśmy prawie 5400 km. Co nas jeszcze czeka tego lata? Już na nie się cieszę. Lato w Warszawie – bardzo je lubię. Niezależnie od pogody.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s