Na pierwszy weekend jesieni

Na razie o złotej jesieni możemy tylko pomarzyć. Panuje ta szara. Zawsze jednak możemy pośpiewać z Leszkiem Długoszem, tym z bardzo dawnych lat. Zdawałoby się, że niedawno w blogu przywoływałam jego „Niedzielne letnie popołudnie”. A tu już jesień złota, niezłota.

Ach, ten dzień w kolorze śliwkowym,
Berberysu i głogu ma smak…
Stawia drzewom pieczątki,
Żeby było w porządku,
Że już pora,
Że trzeba iść spać…
A my tak – po kieliszku, po troszeczku,
Popijamy calutki ten dzień.
Próbujemy nalewki
Z dzikiej róży, z porzeczki,
Żeby sprawdzić czy zimą
to wypić się da?…

Może zlać dzisiaj nastawioną przez tygodniami orzechówkę?… Z degustacją jednak będę uważała. Proponuję coś lżejszego. Koktajl w ciemnym kolorze jesieni, który łączy dwa smaki występujące przed wiekiem chyba, no, przed sześćdziesięcioma laty w pewnej książce. Smak pochodzi z aperitifu Kina Lillet, znanego z tego, że wchodził w skład pierwszego ze słynnych koktajli Jamesa Bonda. Postaci stworzonej przez Iana Fleminga. Ukazanej światu w roku 1953 w „Casino Royale”. To już klasyka popularnej powieści szpiegowskiej.

Wynalazek Bonda, czyli stworzony przez niego koktajl, opisywałam już w blogu. Wtedy przyrządziliśmy go w klasycznej wersji z „Casino Royale” (książki, a nie z filmu o Bondzie). Przypomnę, że Bond, James Bond, zamawia w niej u barmana jedną miarkę wytrawnego martini (czyli dry martini) w głębokim kieliszku do szampana (czyli deep champagne goblet), podając barmanowi instrukcję: trzy marki dżinu Gordon’s, jedna wódki i pół Kina Lillet. Bo Bond pije martini bez wermutu martini. Zamiast niego składnikiem koktajlu bez nazwy, nazwanego w końcu książki Vesper, jest właśnie Kina Lillet. Znany od roku 1872 francuski aperitif z win bordoskich, doprawionych cytrusami, z dodatkiem goryczki z chininy. Pochodziła z kory peruwiańskiego drzewa chinowego – quinquina, czyli kina kina. Podobno w latach 50. ów aperitif, mimo reklamy Flemingowej, przestał się sprzedawać. Firma w roku 1960 wycofała go więc z rynku. Pozostawiła sam Lillet, bez chininy, bez goryczki, łagodniejszy, kwiatowo-cytrusowy, słodszy. I taki Lillet kupiliśmy we Francji. A podczas podróży do Hiszpanii wypatrzyliśmy aperitif o nazwie Kina. Tak więc ze zmieszania Lilletu (mocniejszego, siedemnastoprocentowego) i Kiny (13 proc.) zbudowaliśmy nasz nieskomplikowany koktajl na powitanie jesieni: Kina z Lilletem. Proporcje do indywidualnego wyboru. Lillet jest delikatniejszy i słodszy, choć procentowo mocniejszy, Kina ma smak bardziej wyrazisty, gorzkawy.

Koktajl musi być schłodzony. Najpierw do kieliszków poszedł lód:

 

Potem domowy barman wypełnił go mieszaniną Kiny i Lilletu; zdradzę, że było go więcej. Koktajl udekorowałam listkiem mięty, bo w naszym barze ja jestem od estetyki:

 

Na ten weekend proponuję więc albo degustowanie za Leszkiem Długoszem nalewek, albo zabawę w tworzenie własnych koktajli. Podane przed obiadem będą dobrym do niego wstępem. Kto lubi wzmocnić aperitif, może dolać do niego dżin lub czystą wódkę. Jednak w takiej proporcji, aby dało się wyjść na poobiedni spacer!

Że tak szumi, szeleści,
Tak bliziutko, o krok, prawie tuż,
Głębokimi rzekami, pachnącymi szuwarami
Idzie jesień
I prosto w nasz próg…
– Ale co tam! Przecież taka jesień złota
Nie jest zła!
– Ale co tam! Przecież taka jesień złota
Niechaj trwa.

Po spacerze obiecuję sobie zlać z orzechów mój likier Nocino. Planuję, że jego kieliszeczek, podany do wieczornego filmu, zakończy ten pierwszy jesienny weekend. „Jesień, jesień już”. Nieodwołalnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s