Jeden felieton i dwa koktajle

Doczekaliśmy kwietnia. Szkoda, że nie jest ciepło. Ale wiosna już się przebija, także do naszych stołów. Chociaż inaczej niż dawniej. Pojęcia „nowalijki” czy „produkty sezonowe” straciło właściwie swój sens. Może nie w takim smaku jak wtedy, gdy żywnością rządziły pory roku, ale pomidory, truskawki, jajka (kto pamięta czas, gdy prasa donosiła z entuzjazmem, że „kury zaczynają się nieść”?…) są dla nas dostępne przez cały rok. Nie wspomnę o cytrusach. Teraz szczególnie warto z nich korzystać. My sprawiliśmy sobie nawet wyciskarkę, żeby codziennie mieć świeży sok. Dostarczanie porcji witaminy C organizmom wymęczonym brakiem słońca, może zapobiegnie wirusowym infekcjom, które zbierają o tej porze roku żniwo.

Zaczyna się kwiecień, ale ja chcę zacytować pewien felieton z początku maja, na który trafiłam podczas swojej kwerendy po „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” z roku 1931. Jest niedziela, może ktoś będzie miał czas i ochotę na poczytanie. Felieton napisała Maria Pawlikowska, a traktuje o wiośnie. Pasuje więc i do naszej daty kwietniowej. Są w nim także odnośniki kulinarne. Poetka była, jak wtedy mówiono, jaroszką, czyli wegetarianką; fascynowała ją w ogóle kultura Indii. Odmawiała jedzenia mięsa. Jej siostra, Magdalena Samozwaniec, opisywała, jak popadłszy w ciężką anemię, przymuszona przez ich troskliwą matkę, nazywaną Mamidło, dawała się skłonić zaledwie do zjedzenia kurzego skrzydełka. Potrawy wchłaniane przez ich wspaniałego ojca, Wojciecha Kossaka, ale i samą Magdalenę – krwisty stek, kaszanka, wielkie pieczenie – były jej bardzo obce. A jak bardzo, przeczytamy w odnalezionym tekście; zgodnie z moim zwyczajem zamieszczam go w ówczesnej pisowni. Ilustruje go zdjęcie siostrzyczek z obszernym podpisem, zamieszczone w „Wiadomościach Literackich” z roku 1924:

Nadchodzi maj, król zapachów. Z zimowego znieczulenia zbudzone żyć poczyna wszystko – od kwiatu do śmietnika. W królestwie woni powstają walki i rewolucje, a człowiek najczęściej nos musi zatykać, o ile nie jest na wsi.

Każda brama kamienicy, zaczerpnąwszy słońca w otwarte usta, poczyna wydychać na ulicę wonie: piwniczną, jarzynową, wczorajszej żałoby, dzisiejszej cebuli, grzyba, pleśni, jodoformu, starych ludzi, kancelaryj adwokackich na piętrze i szwalni na parterze.

Bramy te przypominają zmęczone, bezsilnie rozwarte gęby ludzi grzesznych, mięsożernych, gadatliwych, a kłócące się w nich stróżki są jak zęby pożółkłe, obruszane i złośliwe. Brama zieje smutkiem w dzień słoneczny — cieniem bez tajemnicy.

Szczęśliwi, których natura nie obdarzyła węchem, a jest ich wielu. Nos ich jest jak pijany stróż, którego bandyci nie budzą. Nie cierpią, ale zato [tak w oryginale] też płuca ich dobrze są napoczęte – jak szynka w niepilnowanej spiżarni.

Zmysł węchu jest najrzadszym i najarystokratyczniejszym. Tu mi niektórzy zaprzeczą stawiając na przykład psa. Ale dla mnie pies jest właśnie arystokratą…

Na ulicy wiosenne cierpienia węchu nie znają kresu. Otwarta rzeźnia wieje nieczystością zbrodniczą. Kwaśnym zapachem otacza się zgarbiona żebraczka pod murem. Osoba w krepowej zasłonie przesuwa się w słońcu, roztaczając duszny i trupi zapach krepy. Szczęściem podąża za nią uperfumowane dziewczę. Trzepoce smugą perfum, jak wstążką w powietrzu.

Błogosławione zapachy kwiatów, aniołowie powietrza.

Niewinnem jest dla mnie to, co ma nieopisaną zasługę bezwonności. Rzeczy zaś, które raczą pachnąć pięknie, wzruszająco, erotycznie – stoją ponad wszystkie wyżej. „Gdy masz grosz na chleb, kup sobie kwiat narcyza, bo czem chleb dla ciała, tem narcyz dla duszy jest“ — mówi przysłowie arabskie. I jakże kochać ludzi, którzy się nie myją? Pięknoduchy nie odznaczają się widać wrażliwym węchem! Rozumiem raczej pustelnika, który zdaleka dobrze i po bratersku myśli o ludziach, niż tego, który siedząc w kinie, czuje miłość dla bliźniego swego. Tłum jest antypatyczny przez atmosferę zaduchu, która go otacza. Niema, niema [a tak, pisano to łącznie] entuzjazmu dla ludzkości w sercu człowieka z węchem. Wszystko można zrozumieć i wszystko przebaczyć, ale nie wszystkiem można oddychać.

Powieściopisarze zapominają obdarzyć swoich bohaterów węchem. Kwestja tak ściśle związana z sympatją i antypatją, z powodzeniem w miłości – powab czystości, różnice perfum i ich wpływ na ludzi, zrażające oddechy, atmosfery sypialnych pokoi, niewietrzonych salonów; któryż z ludzi powieściowych odczuwa te rzeczy, któryż z nich żyje i węchem?

Czytywaliśmy nieraz, że uwodziciel „wylewał na siebie flaszeczkę perfum”, ale nie powiedziane było, czy wrażliwe na jego urok osoby dostawały migreny z tego powodu czy nie.

Poeci w ostatnich czasach przesadzają znów na punkcie węchu. Piszą: „zapach szafirów w twoich pierścieniach chłodnych” i „niedziela pachnąca wielkanocną babką” – „słowa, piżmem pachnące“ – jednem słowem – węszą za bardzo.

Kobiety przeważnie węchu nie mają, a czasem nie mają go na złość. Gdy która z nich jest nie w humorze, a pokażesz jej z oburzeniem, że ci podano nieświeże jajko, uzna je za najświeższe w świecie. To samo ci powie kucharka, która to jajko ugotowała, wogóle [tak] każda z kobiet nie całkiem zadowolonych z losu i z ciebie.

Matrony, ciemne jak szafy w zakrystjach, duszne jak sterty gnijących ziół, nienawidzą pachnideł. Dusze ich nawykłe do hańbiącego otoczenia zakurzonej wełny, zgasłej krepy, leków, kapiących świec, terpentyny i soli angielskich, nie pragną już wybawienia z tego brudnawego czyśćca. Przeciwnie, zamykają szczelnie okna, by nie wpuścić pomocnych aniołów narcyzowych, bzowych, jaśminowych – mieszkających w ogrodzie.

Starość nie śmie używać perfum. Ani też przypiąć sobie do sukni bukietu fiołków, zapachu nadziei
listopada perfumy, którą powinna używać każda stara kobieta, stwarzając sobie wtórną wiosnę późnej jesieni.

Życie pachnie – trup, jak wiadomo – nie. Zły zapach jest kokietowaniem śmierci przez życie.

Perfumy oczyszczają powietrze, przytłumiają bakcyle, walczą z larwami i złemi duchami. Wiosna powinna być ich świętem; niestety, wonie majowe ulegają w nierównej walce z antropotoksyną; pod tą nazwą rozumiemy wyziewy nieumytych mięsożerców, gazy trujące, których to liczne odmiany, skroplone w olejek, zdolne są zabić byka jednym jego gramem.

Przyroda jest absolutnie czysta. Ptaki są wymuskane, wiewiórki myją różowym języczkiem białe swoje brzuszki, sarny i jelenie świecą się od czystości. Kwiaty zrozumiały, że należy pachnąć, a zioła, te oddane cnocie i pożytkowi pielęgniarki i znachorki, nie wyrzekają się również w granicach rozsądku utrzymanych, miłych woni.

Nawet trupie liście jesienne, wydzielają dystyngowany gorzki zapach, a umierająca na jesieni ziemia nie zapomina namaścić się pod szron tajemniczym olejkiem korzenia fiołkowego…

Świat to salon, w którym wszyscy prócz człowieka przestrzegają elegancji. Przyroda nie potrzebuje pieniędzy na mydło. Bez szczotek i ręczników daje sobie radę z kurzem i brudem. Wszystkie rogi są wyczyszczone, kopyta świecą się, w czystych oczach błyska światło dnia, deszcz tuszem wszystko zmywa i płócze [tak pisano!], wiatr odkurza. I tylko ludzie pozostają brudni, pod parasolami ukryci.

Dopiero w obręb człowieczego losu wciągnięte, poczynają tracić zwierzęta błogosławioną czystość. Fałszywie żywione – więzione, ogłupiane, wyrażają swoje wytrącenie z równowagi złą wonią.

Bóg pachnie najwspanialej. A szatan – najokropniej. Jest on brudny, chorowity, spocony – ma łupież, mokre ręce, chroniczny katar, wyziewa skisłą nikotynę i niestrawione mięso. Nienawidzi czystości. Zwierzątka, starannie czyszczące śliną swoje futerka, wróble szorujące się z zapałem w piasku, są w zgodzie z boskiem prawem. Natomiast człowiek skłania się na stronę szatana, strupieszenia i rozkładu.

Zły duch nienawidzi boskiej wytworności, a triumfem jego jest rozkwit trupiej woni nieboszczyka. Wydaje mu się wówczas, że zwyciężył życie, które bezradnie przedstawiają żałośliwe hjacynty, ustawione dokoła uroczystego pokonanego.

Dzięki Bogu ostatnie to lata panowania tych złych mocy! Idzie szeroka fala wegetarjanizmu, która znacznie poprawi ogólny węchostan. Amatorów śmierci, żywiących się śmiercią, będzie coraz mniej. W teatrach i kinach zamiast niepachnących półnieboszczyków siedzieć będą posągi zdrowia i rozkoszy. Oddech sąsiada nie będzie zakłócał muzyki i piękności przedstawienia. Na razie jest jeszcze bardzo ciężko. Całe szczęście, że wiosna trwa krótko, a potem – zobaczymy.

Jestem przekonana, że Lilka Pawlikowska lubiła cytrusy. Czy by jej smakowały w wersji z dodatkiem alkoholu? Być może, w umiarkowanej ilości, tak. Bo wypróbowane przez nas koktajle na pewno by ją zachwyciły z wyglądu. Są jak ich nazwa: Tequila Sunrise. Wiąże się z ich wymyśleniem nawet anegdota. Pewien barman lubił nadmiernie korzystać z zapasów swego baru. Na nalewaniu do kieliszka tequili z sokiem pomarańczowym przyłapał go właściciel baru. Barman bronił się tłumacząc, że komponuje nowy koktajl. A ponieważ właśnie wschodziło słońce, w panice czy może raczej w twórczym natchnieniu, dolał do napoju pięknie czerwonej grenadyny (grenadine), czyli soku z granatów. Właściciel pochwalił efekt. Koktajl zyskał uznanie. I jest naprawdę pyszny pod warunkiem, że zrobimy go z soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy. Ten z kartonu to jednak nie to!

Legenda legendą, a naprawdę cocktail ma dwie wersje. Jedna pochodzi jeszcze sprzed wojny, z lat 30., druga z lat 70. XX wieku. I ta druga uzyskała przewagę oraz popularność. Utrwaloną przez tytuł piosenki zespołu „The Eagles” oraz filmu o pewnej pięknej restauratorce (Michelle Pfeiffer) oraz dwóch przystojniakach (Kurt Russel, Mel Gibson).

Wypróbowaliśmy obie wersje. I rzeczywiście chyba ta nowsza nie bez powodu wygrała. I ze względu na smak, i z powodu pięknego wyglądu. Podaję w kolejności historycznej. Oba koktajle wymagają szklanek do long drinków (nazywanych Collins glass), do obu podaje się lód, soki do obu świeżo wyciskamy i przecedzamy, oba przyrządza się delikatnie, aby koktajl się rozwarstwił na część jasną u góry i ciemniejszą na dole szklaneczki:

Tequila Sunrise I

2 porcje tequili

1 porcja crème de cassis

sok wyciśnięty z jednej limonki

woda sodowa gazowana

lód

Na lód wylewa się mieszaninę alkoholu z sokiem, dopełnia wodą gazowaną. Przybiera plasterkiem limonki.

Tequila Sunrise II

3 części białej tequili

6 porcji soku pomarańczowego

1 część grenadyny

lód

Mieszać najpierw tequilę z sokiem. Wlać na lód. Ostrożnie, po ściankach, nalać grenadynę (niektórzy radzą nałożyć na napój plasterek pomarańczy i grenadynę wlać na niego). Przybiera się plasterkiem pomarańczy lub skórką, można dodać wisienkę koktajlową.

Od siebie dodam, że warto wlać kilka kropli gorzkawej angostury, aby słodycz stała się mniej oczywista. Jak i stałą radę: aby mieszać koktajle na swój smak, nie przejmując się ortodoksami, którzy ponuro wymagają przestrzegania proporcji co do mililitra i rygorystycznego doboru składników. Bo co się stanie,  jeżeli zamiast soku z pomarańczy dodamy sok z limonki? Albo z ananasa? Wersji koktajlu jest zresztą wiele, można je łatwo znaleźć. Tylko nie marudźmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s