Rozpuszczanie jęzora w kwestii ozora

dnia

Wydawanie książek jest sztuką niełatwą. Dobrze to wiem, zwłaszcza gdy wydaje się ich tłumaczenia, gdy gonią terminy, gdy ma się do czynienia z tłumaczem, grafikiem, łamaniem, korektą. Ponieważ to wiem, nieczęsto się irytuję do tego stopnia, że wyrażam swoją opinie publicznie. (Ostatnio zdarzyło mi się ołówkiem na marginesie nanosić swoją korektę ewidentnych przekręceń, w tym nazwiska pisarza, które występuje w błędnej formie aż po indeks! To dotyczy książki spoza kulinariów: opowieści o Izabeli Czajce-Stachowicz, wydanej w szacownym niegdyś wydawnictwie „Iskry”. W miejsce pisarza Otwinowskiego, autorka i redaktorzy wprowadzili Ortwinowskiego! Chyba skompilowali Stefana Otwinowskiego z krytykiem Ostapem Ortwinem…).

Wracam jednak do tematyki kulinarnej: tu też ostatnio spotkała mnie spora irytacja. Lubię małe książeczki wydawane przez wydawnictwo Oleksiejuk. Kupuję te opisujące kuchnie różnych krajów. Ostatnio jednak się srodze nie tyle zawiodłam, ile zmartwiłam: kartkując „Kuchnię żydowską”.

Nie wiem i nie dojdę do tego, bo i po co, które błędy powstały w oryginale angielskim, a które w wyniku inwencji, czy raczej nieudolności tłumacza, potem zaś niedbałości redaktora. Oboje są wymienieni, nazwisk litościwie nie podaję, choć są w metryczce książki. A oto co w niej spotkałam.

Już wstęp budzi zdziwienie. Mniejsza o dość nieudolny opis zasad koszerności (to pewnie uroda oryginału) albo sposób opisania Żydów Aszkenazyjczyków i Sefardyjczyków, łącznie ze zdziwieniem, że „Żydzi przemieszczali się w kierunku wschód-zachód, a nie północ-południe”. Ale oto taki kwiatek: przykładem ryb słodkowodnych są „przede wszystkim” karpie i śledzie.

W dziale z przepisami nie jest lepiej. Podobnie jak w lekturze wstępu nie czepiam się drobiazgów, jakkolwiek niektóre nieporadności tak rzeczowe, jak językowe budzą uśmiech lub lekką irytację. Jak typowe na przykład dla złych przekładów pomieszanie gotowania z duszeniem, pieczenia ze
smażeniem. Gubienie niektórych wymienionych składników w gotowaniu (dlaczego np. kupować buraki z liśćmi, gdy się je odcina i już więcej chyba się nie pojawiają; chyba że występują jako enigmatyczne „wszystko” wrzucane do garnka).  Zajmę się tylko ewidentnymi błędami, jak słodkowodny śledź, lub innymi rażącymi niezręcznościami.

Przykłady:

­– kapusta do kapuśniaka ma być pozbawiona „głąbów (ile ich ma jedna głowa?);

– wśród składników są śledzie „peklowane” –  zapewne chodzi o solone, skoro „rada kucharza” przypomina o ich moczeniu;

– gęś pieczona ma mieć wykrojone „tłuste kawałki skóry na skrzydłach, blisko ogona”, chodzi zapewne o gęsi, za przeproszeniem, kuper oraz kawałki tłuszczu na tzw. udkach; w tym samym przepisie: zaczynamy piec gęś, wszystko idzie dobrze (chociaż niejasno, ale to zapewne znów uroda oryginału, nie mam więc pretensji do Wydawcy), aż do czasu, gdy przekładamy na grzbiet jeszcze gęś, a już doznaje ona cudownej przemiany i „po nakłuciu nogi kurczaka szpikulcem wypłynie sok”, na koniec tę gęś z przepisu, już jako kurczaka, należy „przenieść na deskę”…

Dalej. Co to jest miałki cukier: puder czy kryształ drobny? I dlaczego „225 ml soku z granata [?]” należy ugotować akurat „bez miałkiego cukru”, skoro chodzi tylko o wygotowanie go do postaci koncentratu; pewnie chodzi o to, aby cukru nie dodawać dalej w przepisie.

Na 4–6 „porcji” kurczaków piecze się 4–6 kurczaków, solidne te porcje, każda z nich chyba jednak na 4–6 osób, zamieniłabym więc te porcje w nagłówku przepisu na „sztuki”, nawet jeżeli z tłumaczenia wynikało inaczej.

Śmiesznie brzmi rada, aby „stopniowo” wkładać skrzydełka kurczaka do panierowania w torebce, chodzi raczej o wkładanie po kolei.

Tytuł przepisu brzmi „Ryba smażona na zimno”, a oczywiście jest to „Smażona ryba na zimno”, typowy błąd szyku wypływający na znaczenie. Bo już tytuł „Łosoś w sosie słodko-kwaśnym na zimno” jest w porządku.

Tłumaczka wiele czynności radzi wykonywać „delikatnie”, co niekiedy brzmi humorystycznie (zwłaszcza, gdy w kolejnych przepisach się powtarza), zamiast „delikatnie przelać jaja na patelnię”, gdy chodzi w ogóle o mieszaninę jaj, soku i sosu, mniej by raził zwrot: stopniowo lub powoli (skoro „ostrożnie” jest w tym samym zdaniu).

Nie wiem jaki jest w oryginale tytuł przepisu, bo po polsku „Maca brie” może sugerować, że chodzi o danie z macy z francuskim serem; sugerowałabym jednak nazwę macebraj, ewentualnie pisaną rozłącznie; czy jest to jednak naleśnik, jak przetłumaczono? Chyba nie. Raczej rodzaj omletu, ale i to nie całkiem (rozumiem jednak, że niezręczność może wynikać z oryginału).

Bliny z kolei z przepisu „Bliny z truskawkami” są raczej naleśnikami; na pewno blinami są te na następnej stronie, „z wędzonym łososiem”, czyli wykonane z ciasta drożdżowego.

„Kwas octowy” to oczywiście nasz ocet spirytusowy, rozumiem, że Anglika czy Amerykanina trzeba po jego zakup gnać do sklepu z „żywnością żydowską”, ale u nas nie tylko takich sklepów raczej nie ma (jeden na Warszawę, o ile wiem), ale octu był i jest dostatek w każdym sklepie.

Jakie są „nienamaczane, suszone morele”, czy istnieję jakieś „namaczane”?

Na „kreplach”, czyli pierożki, nie daje się wymieniony w składnikach „lokszen”, bo to po prostu makaron, ale ciasto na lokszen. „Challah” to po prostu chała, chałka, co warto by oddać w tytule przepisu, skoro bajgle to szczęśliwie „bajgle”. „Plecionka z makiem” z kolei to strucla.

Może niektórzy uznają że się czepiam? Muszę więc, tytułem obrony powiedzieć, że nie tyle nie znoszę bylejakości, ile tego, że tak często wprowadza w błąd, błędy powiela i wbija w głowy po wsze czasy. Zwłaszcza, gdy je utrwala na wieki internet!

Zostawiłam na koniec to, co w ogóle zwróciło moją uwagę na jakość wydania tej pozycji kulinarnej: tytuł przepisu brzmi „Jęzor w sosie rodzynkowym”. Wiem, że owe „jęzory” nie są dzisiaj potrawą popularną, może nawet mało znaną, ale ktoś, kto wydaje pozycje kulinarne i kto się podejmuje ich tłumaczenia, powinien znać jednak nazwę „ozór” lub nawet i „ozorek”. Nawiasem, to było sztandarowe danie polskiej kuchni: ozorek czy ozór na słodko, czyli w tzw. szarym sosie z rodzynkami. Czy Polacy ściągnęli przepis od Żydów, czy Żydzi podpatrzyli u Polaków tego rodzaju dania, słodkie i pieprzne (raczej takie niż słodko-kwaśne, kojarzące się z kuchnią chińską…), bo i przecież znamy karpia w szarym sosie, a więc na słodko – tego nie dojdziemy. Ale, rodacy, błagam, nie nazywajmy tego przepisu „jęzorem”.

Aby podsumować: kilka przepisów z książki na pewno zrobię, są fajne, chociaż przydałoby się powściągnąć gadulstwo, a wprowadzić więcej precyzji, aby praktyka kuchenna była nie rozwiązywaniem zagadki, ale oczywistością, a gotowanie szło jak po sznurku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s