Deser z muzycznej inspiracji

Bardzo lubię pomarańcze. I kocham muzykę Prokofiewa. Albo na odwrót. Z jej inspiracji powstał deser, który stworzyłam. Nie jest skomplikowany. A przyszedł mi do głowy, gdy na telewizyjnym kanale Mezzo oglądałam spektakl „Miłości do trzech pomarańczy”, pokazywany na festiwalu w Aix-en-Provence.

Ta zagadkowa opera powstała w roku 1919. Zamówił ją teatr operowy w Chicago. Tam dwa lata później odbyła się prapremiera utworu; dyrygował sam Prokofiew. Rok później opera chicagowska pokazała Prokofiewa światu w Nowym Jorku. W marcu 1925 Europa zapoznała się z operą w Kolonii. Prokofiew mieszkał wtedy w Bawarii, w pobliżu Oberammergau, słynnego z misteriów Męki Pańskiej. W tym samym roku koncertów muzyki Prokofiewa – choć nie „Pomarańczy” – słuchano w przedwojennej Warszawie. Potem, w listopadzie, „Trzy pomarańcze” poznał Paryż, jako suitę. Wreszcie w roku 1926 wystawiono operę w Leningradzie. Rok później Prokofiew, dotąd urzędujący za granicą i nie znający porewolucyjnej Rosji, do niej przyjechał. „Pomarańcze” pokazano i w Moskwie. Ostatecznie Sergiusz Prokofiew wróci do Rosji – przecież już strasznie stalinowskiej! – w kwietniu roku 1933. Tu stworzy resztę dzieł (w tym „Romea i Julię”, mój ukochany balet), tu dozna krytyki w duchu stalinowskim m.in. ze strony Szostakiewicza, choć dopiero w roku 1944. Przeżyje stalinowskie czystki (czy pozna strach?). Umrze w tym samym roku i dniu co Józef Stalin. Pozostaje się zadumać, czym sobie zasłużył na śmierć w cieniu Prześladowcy.

Los Prokofiewa, muzycznego geniusza flirtującego ze stalinowskim totalitaryzmem, obrazuje całą okrutną epokę. Tak dziwną, że wciąż nie potrafimy właściwie jej opisać. Dla mnie: z jednej strony Bułhakow, z drugiej Prokofiew, to twórcy, których tylko Rosja mogła wydać i zniszczyć. Tragiczne postaci przewodzące długiemu szeregowi naszych wspaniałych sąsiadów.

Ponieważ „Miłość do trzech pomarańczy” nie jest często wystawiana, słucham jej i oglądam ją, gdy tylko mogę. To zadziwiające libretto napisał sam Prokofiew wykorzystując pomysł Gozziego, XVIII-wiecznego dramaturga z Wenecji . Jest nowatorskie i zarazem wkomponowane w czasy, w których powstało. Wiele mówi o latach dwudziestych XX wieku. Nawiązuje do ówczesnych dyskusji zarówno o formie, jak i treści, wypełniającej ją i poszukującej dla siebie najlepszego sposobu przedstawienia. A w tle tytułowa miłość. Tak sztuczna i konwencjonalna, jak ponadczasowa i banalna. Przedstawienie stwarza realizatorom moc trudności do pokonania. Może się zamienić w nieczytelny bełkot. Starannie przedstawione może się stać dyskusją z estetyką początków XX wieku. Bardzo lubię ją tropić.

Spektakl zachowany w nagrywarce – pokazany w roku 2004 w wykonaniu Mahler Chambers Orchestra – możemy obejrzeć, ba, powinniśmy obejrzeć w towarzystwie pomarańczy. Choćby ich cząstek lub wyciśniętego soku. A może pomarańczowego likieru? Ja z nim połączyłam owoce. Powstał deser nadający się do podania po każdym obiedzie. Prosty i zarazem efektowny. Na cześć Prokofiewa. Jako człowiek dowcipny, może by go docenił. Gdy Mezzo kiedyś znowu pokaże ten intrygujący spektakl, żaden miłośnik opery nie powinien go ominąć.

Pomarańcze z galaretką

3 pomarańcze

żelatyna lub agar do zestalenia galaretki

likier pomarańczowy, np. Triple Sec, Cointreau lub Grand Marnier

cukier puder

listki świeżej mięty

bita śmietana

Pomarańcze przekroić na połówki, wycisnąć z nich sok, przecedzić przez sitko. W owoców wyjąć miąższ, ale bez przesady, niech trochę go pozostanie. Odkroić spód z połówek owoców, aby stabilnie stały na talerzykach. Uważać, aby ich nie przedziurawić. Z odmierzonej porcji soku i likieru, zgodnie z przepisem na opakowaniu żelatyny lub agaru, sporządzić galaretkę. W miarę potrzeby ją dosłodzić do smaku. Wystudzić, wlać do połówek pomarańczy. Wymieszać z posiekanymi listkami świeżej mięty. Do podania trzymać w lodówce. Podawać przybraną bitą śmietaną i listkami świeżej mięty.

 

Do deseru można też podać kulkę lodów. Aby pomarańcza nie tańczyła po talerzyku, można na niego kapnąć tężejącą galaretkę. Gdy operę oglądamy z dziećmi, z likieru rezygnujemy. Smak pomarańczy podkręci domieszanie startego korzenia imbiru do ich soku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s