Kilka razy opisywałam już arabską kaszę burgul. Teraz kolej na zieloną pszenicę. Nazywa się freka (frikeh). Tak przynajmniej widnieje w „Kuchni arabskiej” May S. Bsisu, z której informacji korzystam. Pisze ona, że są to „niedojrzałe ziarna pszenicy, barwy od zielonej do brązowej, uprażone, całe lub tłuczone. Freka nadaje potrawom dymny, orzechowy aromat i smak, co czyni ją znakomitym dodatkiem do posilnych dań na zimę. Kiedyś uprawiana była tylko w Egipcie, Syrii i Jordanii i uchodziła za pokarm wieśniaków, ostatnio stała się modna i podaje się ją w najlepszych restauracjach takich kosmopolitycznych miast arabskich jak Amman, Damaszek i Bejrut”. Książkę autorka wydała w roku 2005, w Polsce ukazała się dwa lata później. Wiele się od tego czasu zmieniło. Damaszek jest stolicą grozy, polscy dyplomaci (oczywiście nie tylko) opuścili Syrię, w której dzieją się potworności. Mapa świata wciąż się zmienia, nie zawsze na lepsze.
Ale wróćmy do pszenicy.
„Istnieją różne rodzaje freki i czas gotowania także się różni: zielone ziarna gotuje się dłużej niż brązowe. Prawidłowo ugotowana freka powinna przypominać risotto, ale nie powinna być kleista”.

I taką frekę ugotowałam. Nie podaję przepisu, bo jest typowy dla tego rodzaju potrawy. Najpierw podsmaża się cebulę, potem dodaje kaszę, smaży mieszając, aż się natłuści każde ziarenko. Wtedy warto dodać suche, korzenne przyprawy. Za autorką książki dałam: ziele angielskie, gałkę muszkatołową, kardamon, cynamon, sól i pieprz. Całość zalewa się bulionem (zastosowałam warzywny) i dusi do miękkości. Autorka zaleca gotowanie przez godzinę. Zależy to, oczywiście, od gatunku freki. Dlatego warto po prostu sprawdzać, czy kasza już jest gotowa. „Freka powinna być miękka – nie krucha – ale nie rozgotowana”. Złotą radą jest zawinięcie naczynia z kaszą w koc, aby spokojnie doszła do miękkości. Taką kaszę przed podaniem posypałam migdałami (można je uprażyć na suchej patelni) i posiekaną świeżą miętą, to dodatek stylowy dla kuchni arabskiej. Kto jej nie ma, niech da natkę pietruszki.

Ponieważ nie jest to potrawa o najbardziej atrakcyjnym wyglądzie, warto obok niej postawić jakąś kolorową sałatkę. Ponadto dostarczy nam cennych witamin. Moja była, jak widać, bardzo prosta: ze świeżych liści młodego szpinaku (tzw. baby), plastrów zielonego ogórka oraz cząstek mandarynek. Oliwa lub dobry olej, kilka kropli dobrego octu lub soku z cytryny, sól i pieprz, to najlepsze, co można dla tej sałatki zrobić. A potem – ze smakiem ją zjeść.