Kto dziś chodzi „na śledzika”? Może ci, którzy odwiedzają knajpki podobne do słynnych „Przekąsek Zakąsek” przy Krakowskim Przedmieściu. Ale takiego śledzika można sobie i w domu przygotować Dzwonko śledzia z jednym kieliszkiem zmrożonej czystej wódki powrót do domu potrafi uczynić atrakcją dnia i skutecznie zetrzeć zmęczenie dniem pracy, zakupami lub walką z urzędami.
Takiego śledzika w oleju – dodałam do jego marynowania, obok cebuli, majeranek i igiełki rozmarynu – podałam z połówką marynowanej gruszki (Bożenko, to z tych, które przytargałaś ze swojego sadu, są znakomite!) i razowym chlebem. I z kieliszkiem, o którym napisałam wyżej.
Po takim wzmocnieniu organizmu przytaczam coś do sobotniej lektury parakulinarnej. Pierwszy numer „Przekroju” ukazał się 15 kwietnia 1945, w Krakowie oczywiście. Od razu ciekawy! A przecież trwała jeszcze wojna! Życie kulturalne i literackie Krakowa budowano w biegu, rozwijało się piorunem. Za sprawą „tubylców”, ale i przyjezdnych. Obok tych, którzy przyszli w mundurach „Kościuszkowców”, obecni byli różni uchodźcy, którzy w Krakowie znaleźli przytulisko. Była wśród nich liczna grupa warszawiaków, wypędzonych ze stolicy po powstaniu. Należał do nich Czesław Miłosz. W początkach „P” publikował różne teksty, także okupacyjne wiersze, ale zaczął od felietonu. Nadano mu tytuł, jaki widać niżej, był bowiem drukowany czerwoną farbą (nawiasem, mało czytelną na papierze ówczesnej jakości…). Chyba miał ten felieton prowadzić na stałe, jednak po dwóch przejął go, wraz z nazwą, co rzadko się zdarza, Stanisław Dygat. W tym drugim felietonie Miłosz wyraził swoją dezaprobatę dla kształtu, jaki zaczęło przyjmować ówczesne życie literackie, zajęte sobą (Dygat, Kott, kto to jest… – w tym duchu pisał jadowicie), może więc z tego powodu współpraca się rozluźniła?… Nie wyjaśnimy tego zapewne. Sięgnijmy więc do felietonu Czesława Miłosza z numeru inaugurującego wydawanie tygodnika, który w historii polskiej prasy zapisał się – jak się okazało – złotymi zgłoskami. Miłosz opisuje pewne zjawiska pookupacyjnej mentalności rodaków, do której należało wysokie spożycie tego, co wyżej zalecałam podać do śledzia. Choć felieton jest głębszy; może i nam da okazję do zastanowienia się nad zawiłościami polskiej duszy, stanu umysłów i serc.

Nie lubię stylu życia, który polega na zaczynaniu i kończeniu każdej sprawy wódką, na opowiadaniu pieprznych dowcipów i grze w karty przez długie godziny, a niekiedy i całe noce. Nie lubię – i mam poważne po temu powody. Przez wiele lat koło mnie, koło każdego mieszkańca sławetnej Generalnej Guberni stała śmierć, a niezbyt licuje z godnością. człowieka wyłgiwać się z tej ostatecznej sprawy przy pomocy środków, dających ogłupienie i zapomnienie. Być może jestem w tej mojej niechęci osamotniony. Widziałem dokoła siebie mnóstwo ludzi, którzy zalewali się, rechotali, bredzili, wykrzykiwali „szlem bez atu” i w stanie tego zalania, bredzenia i rechotania odpływali do obozów, do komór gazowych i pod mur jakiejś odrapanej kamienicy. Widziałem też mnóstwo ludzi, którzy trafiali tam właśnie dzięki zalaniu, rechotaniu i nieodpowiedzialnemu bredzeniu.
A dzisiaj widzę mnóstwo ludzi, którzy dalej robią to samo, przypuszczając, że jeżeli udało się im ujść cało, to tylko dzięki stanowi maligny, w którym przeżyli tę wojnę, bo los specjalną opieką otacza pijaków i obwiesiów. Należy się obawiać, że mając zadawnione tradycje picia, bredzenia i rechotania, przeszedłszy przez wielką szkołę niemiecką bimbru i propagandy – staniemy się narodem, który mrowi się na zgliszczach miast i wsi, coś tam popuka i naprawi, a każdą wolną chwilę będzie spędzać na gruzach z kieliszkiem i kartami w ręku. Narodem, który przyzwyczai się mieć rumowiska i zniszczenie jako tło swoich zabaw – bo przecież i na rumowisku można żyć i to żyć wesoło.
Nie jestem abstynentem i nie wylewam za kołnierz. Tak się jednak złożyło, że od chwili, gdy ostatni żołnierz niemiecki opuścił Warszawę i Kraków, nie byłem ani razu pijany. Po prostu nie ma czasu. Życie jest krótkie, a pracy wiele. Nie chcę czerpać z tego chluby. Może to być zwyczajny przypadek i brak okazji. Faktem jest jednak, że im świat jest ciekawszy, tym mniej ma się ochoty do bredzenia i rechotania. Czynią to przede wszystkim ludzie, dla których świat przedstawia się ponuro i beznadziejnie. […]
Na pewno docenia się u nas znaczenie teatru, kina i wszelkiego rodzaju imprez publicznych. A jednak – trzeba to powiedzieć: jasno i wyraźnie – rozrywka, która ograniczona jest miejscem i czasem nie jest tą rozrywką, której najwięcej potrzeba. W chodzi się na salę i wychodzi z sali, wraca się do domu. Prawdziwa rozrywka – to taka, która łączy troje czy czworo ludzi w domowych ścianach, która jest stałym elementem pracy, myśli i rozmowy. Amatorskie zespoły teatralne. Książka. Piękno w szczegółach codziennego życia – w stroju, w meblach, w filiżankach, z których się pije ranną kawę. Wymiana pomysłów, ścieranie się zdań na tematy oderwane. To wszystko nie jest luksus, to wszystko da się osiągnąć tanimi środkami.
W Polsce jest wielu mimowolnych sprzymierzeńców picia, bredzenia i rechotania. Należą do nich ci wszyscy, którzy nie chcą, aby ukazywało się dużo i to różnorodnych, ciekawych, porywających książek. Ci wszyscy, którzy na piękno mody, fryzury, strojów kobiecych [dodajmy: i sztuki kulinarnej, przyp. AK] patrzą jak na rzecz podejrzaną. Należą tu redaktorzy, którzy ucinają zabawne i pasjonujące czytelnika dyskusje – w imię surowości i powagi. Należą tu ludzie teatru, którzy nie rozumieją znaczenia, jakie ma dla robotników przygotowanie i zagranie sztuki własnymi siłami. Należą wszyscy, którzy mówią: na to jeszcze nie czas. Ale na picie, bredzenie i rechotanie – czas.
Od nieco innej strony na podobny temat pookupacyjnych realiów wypowiedział się słowem wierszowanym inny uciekinier warszawski, satyryk, znany już przed wojną m.in. z Szopek pisanych wespół ze Światopełkiem Karpińskim, ale także z prowadzonego razem z nim wybitnie zabawowego stylu życia. W myśl dewizy Beaumarchaise’go która widniała obok winiety „Cyrulika Warszawskiego”: „Śmiejmy się! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie”. Słowa były prorocze. Taka Warszawa, jaką znali, zniknęła z powierzchni ziemi. Trzeba się było przystosowywać do zupełnie innej rzeczywistości. Pisał o tym Miłosz, ale i Minkiewicz, w charakterystycznym dla siebie stylu „knajpianym” (widać głęboką znajomość realiów) wyśmiewając dętą mowę. A my, czy my jej aby nie znamy i nie spotykamy? Wiersz z lipca roku 1945.

Kelnerka w knajpie „Gdynia”
Podając stek wieprzowy,
Powiada, że „pracuje
Dla celów odbudowy”
Pan obywatel Kufel,
Właściciel knajpy „Gdynia”
Też twierdzi, że się „Sprawie”
„Zasłuża” i „przyczynia”.
Swą charakterystykę
Ubiera w skromne słówka:
O sobie – że „inicjator”,
O knajpie, że „placówka”.
Dostawca knajpy „Gdyni”,
ćmiąc papierosa „Wolność”,
Do wzniosłych powiedzonek
Objawia również zdolność:
On „handel uaktywnia
Przez trud i znój codzienny,
Czym wnosi w młode państwo
Wkład skromny, ale cenny”…
Gość stały knajpy „Gdynia”
Też z patrioty ma cóś,
Bo w kinie był „Ojczyzna”
Na polskim filmie „Wacuś”.
Rozbrzmiewa tak po kraju
Podniosłych słów symfonia:
Co kino, to „Ojczyzna”,
Co dancing, to „Polonia”.
Odświętne wyrażenia
W powszechną wchodzą mowę –
Prywatne całkiem sprawy,
Lecz słowa – „narrrrrodowe”.
Typowi typ się zwierza,
O mało przy tym nie łka,
Że jego „cicha praca
To cenna jest cegiełka”.
Bynajmniej nie cegiełkę,
Lecz cegłę wziąć wartoby
I słowa bez pokrycia
Z niejednej wybić głowy!…
Na koniec akcent naprawdę mocno kulinarny. Rzecz jasna w Przekrojowym, charakterystycznym stylu purnonsensu. Menu z jubileuszowego obiadu, wydanego z okazji ukazania się 25. numeru tygodnika, który bawił ucząc i na odwrót:
![]()
Jeśli chodzi o spis potraw czyli t. zw. „Menu” wyglądało ono następująco:
Krupnik demokratyczny na rosole.
Garb w Kalarecie.
Szwedo po polsku.
Błędy korektorskie, sos „mauvaise” [czyli „zły, kiepski”]
Ragu z cielęcych mleczek i salsefia.
Ozór na dziko, krem waniliowy.
Kawa.
Likier.
Owoce sześciomiesięcznej pracy redakcji.
Sery.
Śledzie marynowane.
Jan Szwedo był redakcyjnym fotografem „P”, karierę rozpoczął przed wojną w krakowskim „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym”. Co to mleczko cielęce (nie nabiał!), przysmak kuchni francuskiej, kiedyś może opiszę. A bez śledzia, jak widać, ani rusz. W każdej rzeczywistości.