Dynia! Dynia!

Wracam do tematu jesiennej dyni. Samodzielne danie, dodatek do innych dań, zupa – to warzywo daje wiele możliwości. Że wspomnę jeszcze o przetworach i deserach. Są ciasta dyniowe, są budynie, musy. Dynia znakomicie wchłania różne przyprawy, wręcz zyskują na smaku w jej ciepłym i przyjaznym miąższu.

Oto propozycja na dynię Alicji B. Toklas (1877–1967), przyjaciółki amerykańskiej pisarki Gertrudy Stein (1874–1946). Razem mieszkały we Francji, przeżyły tam dwie wielkie wojny światowe. Prowadziły ożywione życie towarzyskie. Gertruda inspirowała czołowych artystów i pisała (m.in. w roku 1933 ukazała fantastyczny pomnik swoich czasów w książce, w której uwzględniła nazwisko przyjaciółki: „Autobiografia Alicji B. Toklas”), Alicja gotowała. Po II wojnie, gdy Gertrudy już zabrakło, opisała zarówno swoje dla niej gotowanie, jak i barwne życie, jakie dzięki przyjaciółce prowadziła. Powstała książka literacko-kucharska, wzór dla wielu pozycji, w których chodzi o coś ponad podawanie recept na potrawy.

Oto co pisze Alicja o dyni. Zauważmy, że jest zauroczona kuchnią francuską, a przy tym nie unika smaku amerykańskiego (podaję w tłumaczeniu własnym):

Francuzi mają swoją wersję placka („pie”) z dynią. Jest to danie regionalne, w Paryżu nie znane. W Bugey, podczas winobrania, przyrządzają je tak samo, jak w Stanach, z wyjątkiem opuszczenia gałki muszkatołowej lub cynamonu i rodzynek. Kiedy opowiadałyśmy o tym córce farmera, która przyniosła nam swój placek, odrzekła, że nie uprawiają takich przypraw, bo jest na nie za zimno, a ich winogrona nie są odpowiednie, żeby po wysuszeniu zmieniały się w rodzynki. Kiedy podsunęłyśmy jej, że gałkę muszkatołową i rodzynki można dostać w Bugey, osłupiała wręcz i powiedziała, że nigdy, przenigdy nie zaopatrywała się tam w nic, poza kawą i cukrem.

Oto pie z dyni, ale nie słodki. Nazywa się

 Citrouillat

Wziąć 5-funtową dynię (2,5 kg), obrać ją i pokroić w 2-calową kostkę. Wkładać ją do miski warstwami, każdą warstwę przesypując solą. Pozostawić na noc. Ciasto bierze się takie, jak na hiszpański placek z rybą [ciasto z przepisu obok: pół filiżanki oliwy, 1 jajko, szczypta soli i szczypta anyżu, 1,5 łyżki brandy plus 2 filiżanki mąki], z uwzględnieniem tego, że oliwę zastępuje się masłem, a anyż jest pominięty. Rano obetrzeć kostki dyni, a kiedy będą suche, umieścić na płaskim, żaroodpornym półmisku i przykryć ciastem. Pozostawić w środku 1-calowy otwór.
Francuzi chętnie dekorują wierzch ułożonymi na około listkami, wykrojonymi z ciasta. Umieścić w piekarniku nagrzanym do 200 stopni C na 45 minut. Po wyjęciu, włożyć do wyciętego otworu tyle gęstej śmietany, ile się da, jest to zwykle pełna filiżanka; śmietanę wciska się w ciasto, obracając je we wszystkich kierunkach.

Przepis wyrafinowany, wydaje się skomplikowany, ale może kiedyś go wykorzystam. Na razie moja propozycja na coś wybitnie prostego, jakkolwiek o smaku na tyle oryginalnym, że warto zaproponować gościom:

Kokosowa zupa z dyni po mojemu

kawałek dyni

duża puszka mleczka kokosowego lub dwie małe

sól

sypka przyprawa chili

ew. starta gałka muszkatołowa, imbir lub kardamon

ew. starta skórka pomarańczowa

Dynię obrać, oczyścić z pestek. Pozostały miąższ pokroić w kostkę. Ugotować do miękkości w osolonej wodzie. Odcedzić, przestudzić. Zmiksować z mlekiem kokosowym, przyprawić do smaku korzeniami, ew. solą. Można posypać lekko uprażonymi wiórkami kokosowymi.

Przyrządziłam także dynię duszoną jak kapusta. Przepis niedawno podawałam za IKC-em z roku 1938. Dodałam do niej duże rodzynki królewskie oraz rozgrzewające przyprawy korzenne, jak te podane przy zupie (inny zestaw). Takie dania i z racji ciepłego pomarańczowego koloru (wskazuje na obecność witaminy A, tak potrzebnej przy profilaktyce przeziębieniowej), i wschodniego, rozgrzewającego smaku, są znakomitą propozycją na jesienne obiady czy kolacje.

Na koniec niespodzianka z siermiężnych lat czterdziestych XX wieku, czyli z tworzącego się w mozole PRL-u. Kraj podnosi się po wojnie, żywność jest jeszcze racjonowana, trzeba było ratować się tym, co było dostępne. Na przykład dyniami z własnych działek lub bazarów. Przepis znalazłam w „Życiu Radomskim”, które było terenową mutacją „Życia Warszawy”, jednej z gazet, które za naszych czasów zostały beztrosko i koncertowo zmarnowane (podobno zdegradowane ukazuje się jako… dodatek do „Rzeczpospolitej”!). W tych „Życiach” (było także m.in. częstochowskie, lubelskie, białostockie, olsztyńskie…) ukazywały się krótkie felietoniki z przepisami kulinarnymi. Pisała je anonimowa „ciotka” do „drogiej Zosi”. Podejrzewam, że ich autorką była przedwojenna naczelna redaktor „Bluszczu” Stefania Podhorska-Okołów (1884–1962), dziennikarka i literatka, już przed wojną promująca gotowanie zdrowe i nowoczesne. Nie potwierdziłam tego jeszcze, na razie to tylko moje domniemanie. Oto co „ciotka” pisała do Zosi o dyni. Pożółkły wycinek daje pogląd o tym, jakie gazety się czytało w roku 1948 w bardzo biednym kraju:

Dodaj komentarz