69. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska – 15/06/2011 1:55

Czerwiec w kalendarzu. Sto lat właśnie mija od wakacji w dworze w podłódzkich Byszewach, które Jarosław Iwaszkiewicz zapamiętał na całe życie. Przez lata były dla niego inspiracją. Z Byszew wzięły się opisywane przez niego młyny, stamtąd zaczerpnął kilka postaci i pejzaży uwiecznionych w prozie, z tych podłódzkich okolic wiele razy czerpał natchnienie sprzyjające poezji wysokiego lotu. Spotkałam opinie, że wiersz, a raczej cykl wierszy zatytułowany „Czerwiec”, z opisywanego przez mnie co miesiąc tomu „Krągły rok”, należą do najlepszych i najbardziej wyrazistych, a zarazem osobistych, w jego poezji. Są rzeczywiście bardzo piękne. Wymagają przy tym lektury nieśpiesznej.

Czytam je od początku miesiąca. Przy każdym zajrzeniu do nich odkrywam nowe smaki i podskórne życie tej poezji.

Najpierw tło: jak napisałam, równo sto lat temu młody Jarosław zjawił się w byszewskim dworze, należącym do rodziny Plichtów, jako korepetytor synów siostry właściciela, pani Świerczyńskiej. Sprowadził go Józio, jak pisał o najstarszym synu jego wakacyjny nauczyciel i towarzysz. Wymieni go w czerwcowym wierszu. Jarosława, przywykłego do ukraińskich równin, okolica od razu jakoś zauroczyła. Gdy po latach odwiedził ją z córką, odnotował, że jej urok był obiektywny, jako że i ona go poczuła. Dochodziła do tego młodość, czas, gdy naturę pojmuje się dojmująco mocno. Miał przecież wtedy zaledwie lat siedmenaście.

Jak pisał po latach, w „Książce moich wspomnień”, odczuwało się wtedy „w powietrzu dreszcze przeczuć”. Jak potem można było sprecyzować, były to sygnały nadchodzącej wojny, niepodległości, epoki jakiegoś przełomu. Wiemy, że wtedy zaczął się właściwie XX wiek… „Na tym tle nasza młodość, przygotowująca się jakże niedostatecznie do życia tak skomplikowanego, jakie nas czekało”.

To tło. Tło, które tak zapadło w pamięć, że po przeszło półwieczu zostało odnotowane w wierszu wspominającym zapewne tamten czerwiec, tamten początek lata. Poeta ma już lat siedemdziesiąt, nauczył się więc dostatecznie odwracania za siebie, spoglądania na to, co było. Już wie, że wszystko, co wtedy przeżył i czuł, szło za nim przez lata i nie opuści go nigdy. Obrazy umarłego świata pod powiekami, na skórze, we wnętrzu, są tak samo plastyczne jak wtedy, gdy się je widziało, gdy czuło jak pulsującą w żyłach krew. Tylko że wtedy się je odczuwało, nie myśląc o nich, a po latach – aż bolą.

Przeczytajmy najpierw Iwaszkiewiczowskie wspomnienia w przywołanej książce, a potem sięgnijmy po wiersz. We wspomnieniach poeta opisuje dwa stawy, owe „źródła”, w których pluskaliśmy się po całych dniach. […] Przy dwóch stawach, mieniących się w blasku słońca, i pośród zielonych łąk jak „morskie oka” nie tylko po całych dniach „roiliśmy się nadzy” – ale także sprawialiśmy gospodarczą funkcję kąpania, czyli tak zwanego „pławienia” koni. Skoro, jak wyznaje, to zajęcie było jedną z największych przyjemności mojej młodości, nic dziwnego, że powraca do niego, odczuwane i wtedy, i po latach jako uczucie przymierza z przyrodą.

Spójrzmy za okno, i nawet nie pławiąc nigdy w życiu koni, możemy doświadczyć i dziś tego uczucia. A gdy mamy „swoje lata”, gdy sięgniemy do wspomnień, może i my doświadczymy magii „przymierza z przyrodą”. Gdy wspomnimy łagodny powiew powietrza przed wyjściem na przedwakacyjne ostatnie szkolne lekcje, poczujemy na skórze pazurki czerwcowego chrabąszcza, posmakujemy truskawki i czereśnie, zobaczymy bogatą zieleń liści nad parkową ławką, poczujemy pierwsze ukłucie gorącego słońca na skórze. Wszystko to, do wyboru i koloru, czego sami doznaliśmy. Pamiętamy? I czy ta pamięć jest tak gorzka, jak u poety? Tak przepełniona doświadczeniem przemijania, nieuchronności odejścia? Tak czarna?

1.

Pod czarnym niebem
nocy wiosennej
z samego dna
wstaje katedra
zatopiona

W rechocie żab
w jaśminach
wstaje
ramionami wież
ociekających
wodą

z samego dna
wznosi się czarna
twarz
w srebrzystej ramie
kropel

w szmerze i brzmieniu
umarłych imion
dalekim grzmotem
co jak pęknięte
grzmią dzwony

rośnie ku gardłu
i ku powiekom
pełna oddechów
dawno umarłych
i pełna westchnień
jak step szerokich
i zapomnianych
na wieki

młodości moja
nie umarła – żywa
wznosisz się w górę
muzyką
pieśnią i słowem
i brzmieniem strun
zardzewiałych
a przecież
dźwięczniejszych
od dni dzisiejszych
pełnych i mocnych

i spływa woda
woda zapomnień
i jesteś znowu
strzelista grzmiąca
muzyką dzwonów
pod niebem czarnym
pod niebem niemym
wiosny

Porównanie młodości do katedr i ta nieoczekiwana wiosną dominacja czerni (poza czernią czerwcowej nocy) jest tak nieoczekiwana, że z początku dziwi. Ale jest po chwili zrozumiała.  Bo strzelistość młodości we wspomnieniach wraca, wraca jak wiosna, w całej pełni swojej sensualności.

2.

Gdy przyjdzie lato
zrzucę ubranie
będę zupełnie nagi
siądę na konia
i wjadę w wodę

koń mnie poniesie
na głębię
i gdzie nie sięgnie
popłynie

znowu czuć będę
jego muskuły
i słyszeć będę
prychanie

znowu na brzegu
Józio i Janek
brzęczeć łańcuchem
nie przestaną

i wołać potopisz konie
i cieniem łąki
pomkniemy
nadzy
mokrzy
mocni

pachnący sianem
i wodą źródeł
jak wtedy

3.

Pławię konie z chłopakami
z chłopakami z Cyganami
z Cyganami z gitarami
z łachmanami z jeżynami

czarne oczy z jeżynami
mokre włosy jeżem sterczą
bo Cyganie jedzą jeże
bo Cyganie kradną konie

bo nad głębią konie rżały
bo nad głębią jeże kłują
bo na rżysku i nad wodą
grochem sypią gitar pstrągi
konie z wody uciekają
i prychają jak gitary
pławię konie z gitarami
z jeżynami z granatami
z Cyganami z chłopakami

My, nie pławiący koni, zapewne też mamy podobne odczucia – związane może z górskimi wycieczkami (widok z przełęczy na Krzyżnem…), może z mazurskimi wschodami słońca, albo z zapachem wody morskiej o słońca zachodzie, a może tylko z kwitnącym za oknem jaśminem, z kurzem wiejskiej drogi czy miejską parkową alejką. Dzisiaj wiemy, że to czuliśmy to był Aufschwung. A to, co czujemy dzisiaj to nieśmiała nadzieja, że nie wszystko umrze, przepadnie, ulegnie zapomnieniu. Jak w Mahlerowskiej II Symfonii Zmartwychwstania.

4.

(Aufschwung)
Obłoki po pęciny
obłoki czy pasaże
pasaże chmur pejzaże
po kolana po zady

tuby trąby i flety
dęba stają w obłokach
unoszą się w akordy
coraz czarniejsze niebo

coraz czarniejsze chmury
coraz większe te konie
coraz straszniejsze mordy
coraz twardsze wędzidła

nie ma nie ma stawidła
woda niesie
obłoki
chmury
niebo
nic

Kolejna część wiersza działa na inne nasze zmysły. Dedykowana jest wybitnemu malarzowi-koloryście. Ale nawiązuje do słynnych mozaik z rzymskiej willi z IV w. n.e. w pobliżu sycylijskiego miasteczka o nazwie Piazza Armerina, zachowanych dzięki lawinie błota (podobno kataklizm miał miejsce w XII wieku), pod którym przetrwały do ich odnalezienia. Eibisch w latach 60. malował pejzaże także włoskie (miał nawet indywidualną wystawę w Parmie). Może poeta rozmawiał z nim (i znalazł wspólny język) o sycylijskich mozaikach, które wprawdzie odkryto już w wieku XIX, ale przywrócono światu dzięki żmudnej rekonstrukcji (prace są prowadzone do dziś) w latach 50. i 60 XX w.

5.

Eugeniuszowi Eibischowi

Po co latać wysoko
to trzeba tak zwyczajnie
wykąpać konie a potem
zaprowadzić do stajni

spod kopyt kurzu kłęby
jak przyziemne obłoki
przyćmią błyszczące boki
mokre zady mokre kłęby

na drodze pod drzewami
ten fresk się porozwiesza
jak na bułanej mozaice
Na Sycylii w Piazza Armerina

W kolejnych strofach wiersza nastrój ten sam. Obraz samego siebie wśród leszczyn, wody, lektur, stanowiącego jedność z nimi. I te przejmujące wierzby-siostry. Jedność to z naturą, czy nawiązanie do sióstr poety. Pamiętajmy, że był beniaminkiem w rodzinie, znacznie młodszym bratem trzech sióstr.

6.

Zielone jak skorupy
porozrzucane na łące
grynszpanowe zalewy
rzeżucha rzęsy i grążele
żółte lilie
upał pije wargami
odgarnia rzęsy rękami
i widać czarne oko
dna

wyłuskany
laskowy orzech
nagie plecy chłopca
co czyta moją książkę
na trawie

To jak bym ja sam
czytał sybilską książkę
moich losów

i młoda wodo

wysokie drzewo szeleszczące
grobla wyciąga ramię
zielenią owłosione

idą groblą wierzby
tanecznice płaczące

i siostry moje jakie smutne

A wszystko co wiosenne, czerwcowe dąży do finału. Będzie z nim odczucie jedności z całym światem, wręcz franciszkańskiej jedności z każdym stworzeniem (przypomina się piosenka Jana Kaczmarka z kabaretu Elita: Do serca przytul psa, weź na kolana kota…), także z tymi pawiami z rzymskiej mozaiki, także z tymi końmi z własnych wspomnień. W tym nadzieja na to, o czym grał i Gustaw Mahler.

7.

Conventio ad creaturas

Nie przepłyniesz cienia
mętne morze błota
w tobie faluje
przytul się do stworzenia
obejmij brata psa
brata kota

zawierz mięśniom konia
on zdepcze małże i szczeżuje
przez głąb przeprawi

nie trzeba pogoni
nie trzeba trąb
ani rogów w lesie
ani gołębi
ani pawi

wierzyć czemuś
wierzyć komuś
nie pytać

i nie zważać na głębie
przepaści na której zrębie
potkną się wreszcie kopyta

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s