Lufa i zagrycha

dnia

Żartuję w tytule. Ale połączenie alkoholu z czymś, co wypełnia żołądek przed jego spożyciem, jest pewnie tak dawne jak ludzkość. Ta trunkowa jej odmiana. Zakąska opóźnia przyswajanie procentów. Tak jak nie należy wypijać jakichkolwiek (także tych niewielkich, z piwa) na pusty żołądek, nie można niczego z trunków pić w nadmiarze. Choćby kusiły. Dlatego lubię koktajle: jeden, góra dwa wystarczą, aby się rozluźnić po ciężkim dniu. Niektóre te napitki są ponadto rozcieńczone przez dodatek soków, wody czy lodu (rozpuszcza się!), ale nie wszystkie. Dlatego z koktajlami warto uważać. Niektóre łączą alkohol i… alkohol.

Niedawno w którymś z czytanych thrillerów trafiłam na kogoś, kto zamawia gibsona. Co to jest? Sięgnęłam do nieocenionej książeczki Roba Chirico, pisarza i barmana amerykańskiego. Bo koktajle to wynalazek, jak wiadomo, Amerykanów. Oni dokonali w dziedzinie łączenia alkoholi wiekopomnych odkryć, wiele z ich wynalazków weszło do dziedzictwa całej ludzkości. Na pewno należy do nich słynne martini. A gibson to po prostu jego odmiana.

 

Chirico napisał dłuuugą story o martini. Gibsonowi poświęca mniej miejsca, ale i jego historia jest krótsza. Choć dłuższa niż historia aktora o tym nazwisku. Ale pochodzi także od nazwiska. Poczytajmy:

„Panuje powszechna zgoda co do tego, że został ona nazwany na cześć ilustratora, Charlesa Dana Gibsona, twórcy paradygmatu kobiecego piękna, zwanego ‘dziewczyną Gibsona’. Sam Gibson i jego kumple mieli w zwyczaju robienie sobie przerw w pracy, by pójść na kilka drinków do baru Player’s Club. O ile dziennikarze mogą zostać zainspirowani po drinku lub dwóch, artysta potrzebuje bardziej stabilnej ręki. Gibson ukradkiem poprosił barmana, Charlie’go Conolly’ego, by ten podał mu czystą wodę z lodem. Drink został specjalnie udekorowany cebulką koktajlową o srebrnej skórce. Stali bywalcy wkrótce zaczęli zamawiać cebulki do swoich Martini, na cześć wynalazcy nazywając je Gibsonem. Niektórzy mieli w zwyczaju zamawiać dwie cebulki, składając w ten sposób hołd pewnym cielesnym atrybutom ‘dziewczyny Gibsona’”. Charles Dan Gibson (1867–1944) swoją dziewczynę wymyślił podobno rysując żonę i jej siostrę. Czy dzisiaj nam się podoba?

 

Tak więc gibson to martini z cebulką. Wygląda ładnie. Wersja wody z lodem i cebulką przypomina mi pewną moją dziennikarską podróż po ZSRR. Podczas pikniku przygotowanego specjalnie dla gości z Polski, lała się strumieniem czysta wódka. Ciepła. Wypijana szklaneczkami. A żar lał się z nieba. Nie przeżyłabym tego bratniego spotkania, gdyby nie popularny tam wówczas sok brzozowy, nalewany w duże słoje (nawiasem, sok pyszny!). Bezbarwny, zastępował mi wódkę. Nalewałam go ukradkiem i już jawnie wypijałam nim liczne toasty. Szklanka musiała być cały czas pełna, bo gospodarze pustą mimo protestów napełniali. Wysłuchałam wtedy wiele ciekawych historii, także od Rosjan, zwykle skrywających pewne przeżycia.

Gibson z samej wody i lodu może więc być ratunkiem dla tych, którzy się znajdą w trunkowym (zbyt trunkowym) towarzystwie. Jak przyrządzać martini, nie podaję. Każdy może sobie znaleźć swój sposób. Dodam tylko, że zamiast ginu wolę w nim czystą wódkę.

Podczas spotkania z alkoholem możemy podać także ciekawe muffiny. Nie będą zbyt słodkie. Wymyśliłam je sama. Ich smak można regulować ograniczając ilość cukru.

 

Muffiny chrupiące

1 1/2 szklanki mąki pszennej

1/2–3/4 szklanki mąki kukurydzianej

1/2–3/4 szklanki otrębów jabłkowych

łyżeczka proszku do pieczenia

szczypta soli

1/2 szklanki cukru

1/2–3/4 szklanki maślanki lub kefiru

1/2 szklanki oleju słonecznikowego lub z orzechów

2 jajka

Jak zwykle w muffinach, wymieszać oddzielnie składniki sypkie i płynne, a następnie szybko i niestarannie połączyć. Niestarannie, czyli nie dbając o pozostawione grudki. Piec ok. 20 minut w 180 st. C.

Ilość rodzajów mąki można sobie także regulować. Zamiast cukru wziąć miód. Do tych muffinów dodałam nieco pokruszonej wytrawnej czekolady. Można też sypnąć jakieś orzechy, wtedy nieco zwiększyć ilość proszku do pieczenia. Tę „zagrychę” przyrządza się w minut dziesięć, a nawet krócej, piecze w dwadzieścia. Goście raczą się pierwszym koktajlem i jakimiś paluszkami czy orzeszkami, a do drugiego podamy im już ciepłe babeczki. Zestaw: koktajl i muffiny jest świetny dla niespodziewanych gości, gdy „niczego nie ma w domu”.

To przypomina mi ciasteczka pod śmiesznym tytułem, który mi wpadł ostatnio w oko. Pochodzą od Aliny Gniewkowskiej, która pierwszą wersję swojej książki kucharskiej pt. „Współczesna kuchnia domowa” wydała w Kijowie w roku 1917. Była tam wtedy liczna kolonia polska, którą opisał np. Jarosław Iwaszkiewicz w powieści „Sława i chwała”. Nawiasem, występuje w niej cukiernik o nazwisku Gołąbek, a w którejś z kijowskich gazet w języku polskim z tego czasu znalazłam anons z cukierni właściciela o tym właśnie nazwisku! Ciekawe, czy specjaliści od Iwaszkiewicza o tym wiedzą? Rok 1917 nie był dobry dla gotowania, ale przecież i wtedy trzeba było coś jeść! I nawet przyjmować gości. Stąd przepis, który podaję nie zmieniając języka Autorki:

Pierniki „Gwałtu goście jadą!”

Cztery i pół szklanki mąki pszennej zamiesić z jedną szklanką miodu. Dodać szklankę cukru, dwa jajka i dwie strychowane łyżeczki sody rozpuszczonej w odzie. Wyłożyć na blachę w formie placka lub też wycinać małe krążki i smarować jajkiem. Piec średni.

Przedwojenny słownik wyrazów obcych podaje, że „strychować” pochodzi z niemieckiego i oznacza: „wyrównać miarę, zgarniając albo obcinając nadmiar”. I wszystko jasne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s