Zagraniczny korespondent IKC Zbigniew Grabowski zamieścił wiosną 1938 roku korespondencję z Londynu. Zawiera akcenty ciekawe dla nas i dzisiaj, choćby dla porównania z tym, co wiemy o przedwojennej Polsce. W tym tekście znajdziemy opis angielskich obyczajów, mentalności, a nawet konkrety w postaci cen czy liczby służby. Bawiący w Anglii rodacy – wiem, że tacy czytają mojego bloga – mogą mieć ciekawy temat historyczny do konwersacji z Anglikami. Mogą np. zacytować, co o swoich rodakach pisał jeden z Churchillów.
Angielska kuchnia wyraźnie się zmieniła (m.in. za sprawą kuchni innych nacji), a postulaty polskiego dziennikarza w zakresie polskiego eksportu siły roboczej zostały spełnione. Poczytajmy, jak Polak widział Anglię tuż przed wojną. Czytelnicy IKC czytali, jaka była straszna, zwłaszcza kulinarnie. A już za rok, za dwa lata niektórzy z nich, uciekając przed Niemcami, mieli chronić się właśnie na tej wyspie, opisywanej z taką zgrozą przez polskiego dziennikarza. Tekst w ortografii przedwojennej. Skróty niewielkie.

LONDYN, z końcem marca.
Anglicy i Amerykanie interesują się przypuszczalnie mniej kwestją jedzenia i wiedzą mniej na temat kuchni, aniżeli jakakolwiek inna rasa świata. Kobiety tych narodów – o ile to możliwe – interesują się jeszcze mniej kuchnią aniżeli mężczyźni. Nie ograniczają się przytem do zupełnej bierności i obojętności wobec problemów kuchni: skłonne są patrzeć na zaciekawienie innych kuchnią jako na nieomylne oznaki skąpstwa albo złego wychowania.
„Ludzie, ulegający łatwo przemocy konwencji, przyjmują to wszystko milcząco i zaczynają uważać
kuchnię za rodzaj tabu. Rozmowa na temat kuchni i gotowania staje się w Anglji czemś niewłaściwem, niemalże nieprzyzwoitem – szczególnie przy stole.
Wynikiem tej konspiracji milczenia jest to, że sztuka kucharska jest pomiatana i nisko ceniona przez cały świat anglosaski i że Anglicy zarówno we własnych domach, jak i w lokalach publicznych skazani są przez własne lenistwo i uległość na najnudniejsze i najgorzej gotowane jedzenie pod słońcem.
Zła kuchnia i gotowanie bez gustu i smaku nie jest ograniczone w Anglji do jednej klasy społecznej. Jedzenie na stołach bogaczy jest czasem mniej apetyczne, aniżeli strawa w domu biedoty. Ponieważ kuchnia bogaczy jest bardziej skomplikowana i pretensjonalna, przechodzi ona przez liczniejsze procesy, zanim dotrze na stół – w efekcie kucharz ma więcej okazji do zepsucia wspaniałych prowiantów. W biednych domach, gdzie strawę podaje się prosto z garnka czy patelni – na talerz, macie większe szanse przyzwoitego jedzenia, niż w kosztownych restauracjach hotelowych.
Jednakże nie jest to powszechnem prawem – przeciwnie, powiedzieć można, że rodzina robotnicza w Anglii, pomimo tego, że wydaje na jedzenie znacznie więcej niż rodziny robotnicze na kontynencie – je zasadniczo gorzej, karmi się mniej wartościowem i pożywnem jedzeniem aniżeli rodziny robotnicze we Francii, Belgji, Niemczech i w tuzinie innych krajów kontynentu”.
Ten lament nad upadkiem kuchni angielskiej nie wyszedł z pod pióra cudzoziemca, jednego z owych „bloody foreigners“, którzy tylko wietrzą, gdzieby przyczepić łatką Anglji. Napisał go młody i wybitny dziennikarz, 26-letni syn znakomitego męża stanu i autora Winstona Churchilla – Randolph Churchill.
Trudno o lepsze ujęcie tego problemu, na którym potyka się każdy przybywający do Anglji. Podobnie jak Randolph Churchill, zadaje sobie przybysz z kontynentu pytanie,

dlaczego ten naród, dysponujący najlepszemi środkami żywności w świecie – nie czyni nic, coby dźwignęło kuchnię angielską z katastrofalnego stanu?
Nędzny poziom kuchni angielskiej sprawia, że tanie jedzenie jest połączone z wyraźnem niebezpieczeństwem i należy w większym stopniu do hazardu, aniżeli granie na wyścigach, zakłady w piłkę nożną czy też „Irish sweepstake” – słynna irlandzka loterja, związana z Derby. Biedny cudzoziemiec, który odpokutował swoją odwagę, odwiedzając różne tanie lokale londyńskie, zaczyna rozumieć, dlaczego w tym kraju tak olbrzymie powodzenie mają wszelkie „laxatives“, sole owocowe i inne sposoby przeciwko „constipation”.
A jednak w tych tanich kuchniach – tanich na Anglię, ale drogich dla Polski, albowiem skromny obiad kosztuje tam blisko 2 szyllingi – je i odżywia się młodzież Londynu, cała warstwa pracująca, wszystkie panny biurowe, miljonowe rzesze ludzkie. Wszyscy cierpią spokojnie udręki chronicznej „indigestion” i przygotowują grunt dla rozwoju reumatyzmu, który łamie olbrzymi procent mieszkańców W. Brytanji.
Cóż pozostaje człowiekowi, który struł się w tych lokalach popularnych, gdzie wygotowane w wodzie jarzyny konkurują ohydą z twardem mięsem, ale gdzie ramy zewnętrzne: ściany, sufity i podłogi restauracyj udają luksus i wschodniobizantyński przepych? Szuka oczywiście lepszej kuchni i dowiaduje się, że restauracje t. zw. średniego gatunku biorą groźne dla polskiej kieszeni ceny. Obiad w lokalu londyńskim na pewnym poziomie kosztuje 7 do 10 szyllingów. Tego rodzaju obiad kosztuje w Polsce nieco ponad 2 złote.
Ceny w lokalach o pewnej marce są wogóle takie, że nie wiem, czy wypada mi o nich wspominać.
Podejrzliwi, których nigdy w Polsce nie brak, gotowi bowiem przyskrzynić mnie pytaniem: A skąd pan o tem wie? Musi się panu doskonale powodzić, skoro pan tam chodzi! Zgóry zastrzegam się tedy, że wiem o tych cenach – tylko z relacyj. Wszystkie te lokale – rzecz znamienna –prowadzone są przez cudzoziemców. Owe „Hungarie”, „Cot d‘Or”, „L‘Ecu de France”, filja berlińskiego Horchera – otwierają się dopiero za dotknięciem biletu 2-funtowego na głowę. Za kwotę, jaką wyda gentleman w Londynie tylko na siebie, mógłby on w Paryżu podejmować wykwintnie towarzystwo z pięciu osób.
Czołowe restauracje Londynu prowadzą obcokrajowcy, zarabiając olbrzymie sumy, kucharze w najlepszych hotelach to niemal wyłącznie Francuzi, na drugim miejscu Włosi – co więcej, kelnerzy rekrutują się z Francji, Italji, Węgier, a nierzadko spotyka się i Polaków. Rynek londyński jest dalej chłonny, a Anglicy nie garną się do kelnerskiej profesji. […]
Dzisiaj ponawiam apel taki [o otworzenie polskiej restauracji] z Londynu. Może usłyszy go jakaś żywotna firma polska i zaprezentuje w stolicy Anglji,
![]()
Powodzenie takiego lokalu jest pewne, tylko musi on być prowadzony rzetelnie, na wysokiej klasie i apelować do tej sfery angielskiej, która nadaje ton. Ta bowiem klasa – z tem trzeba się zgóry liczyć i pogodzić – wyrabia imię, płaci ceny bardzo słone bez szemrania, jeżeli wie, że to, co otrzymuje, jest dobre i oryginalne. Snobizm jest potężną dźwignią w A n g 1 j i. Jest naprawdę dźwignią reklamy.
Nie wiem, ile wydano na polski balet reprezentacyjny w czasie miesięcznego blisko pobytu w Londynie, ale sądzę, że za tę kwotę dałoby się zmontować doskonały lokal, gdzieby pokazano reprezentacyjną kuchnię. Sukces byłby większy, wkład rozsądniejszy, propaganda polskiego imienia trwalsza i skuteczniejsza – poprostu: bardziej bezpośrednia i przekonywająca.
* * *
Pisma londyńskie podają, iż w Anglji przebywa 25.000 służących i kucharek z Niemiec. W parlamencie opozycja alarmuje nawet rząd interpelacjami na temat agitacji, jaką rzekomo uprawiają owe Dienstmadchen. Posłowie opozycyjni przedstawiają obszerne dowody, że z kuchni angielskiej płyną coraz częściej nie tylko zapachy pieczeni, ale także nacjonal-socjalistycznego „Weltanschauung”. Skrajnie nastawione pisma brukowe wzywają już do krucjaty przeciwko tej kuchennej propagandzie i widzą w fantazji dzień wysiedlania legjonu 25.000 niemieckich służących.
Wydaje się jednak, że dzień tego rewanżu nie nadejdzie szybko, albowiem Anglja cierpi stale na brak shortage – służby domowej – i dalej ściąga siły z Niemiec, Szwajcarii, Danji i krajów skandynawskich. […]
Dziewczęta niemieckie i austrjackie chwalą sobie pobyt w Anglji. Traktowane są doskonale, mają wiele swobody, „wychodne” dwa razy w tygodniu i zarabiają uczciwą walutę. Jak wysoko ceni się siłę roboczą w Anglji, wystarczy powiedzieć, że niewykwalifikowana „dochodząca”, która więcej szkodzi i zawadza niż pomaga bierze za godzinę 1 szyllinga.
Służba – to dopełniający rozdział do tomu martyrologji kuchenno-gospodarczej w Anglji. Pogarda i lekceważenie, jakie instynktownie okazuje Anglik kuchni, przerzuciło się i na zawód służącej. Honor zaczyna się w Anglji dopiero od butlera (piwniczny). Taki jednak stan rzeczy, w którym cudzoziemki są dalej doskonale widziane w roli służby domowej, prowadzących domy, osób do towarzystwa itd. – stwarza duże szanse dla chętnych do pracy z kontynentu.
I znowu: dlaczego nie mielibyśmy przystąpić do eksportu polskiej służby? Oczywiście, nie myślę tutaj o naszych Kaskach czy Maryśkach, będących zmorą każdej pani domu – gdyż to co się u nas nazywa służącą, jest specjalnym skandalem gospodarstw domowych w Polsce. Czemu jednak nie mielibyśmy zająć się przeszkoleniem kilkuset zdrowych, uczciwych i gospodarnych dziewcząt, które mają pojęcie o gotowaniu, znają jeden obcy język choćby powierzchownie, a łatwo douczyłyby się paru frazesów angielskich? Takie szkolenie podniosłoby i jakość służby domowej u nas…
Wiem, że istnieją u nas szkoły hotelarskie, są szkoły gospodarstwa domowego. Uczy się tam wielu mądrych rzeczy, wiem, że w szkole hotelarskiej są i lekcje angielszczyzny. Dlaczego nasze panienki zaradne, pracowite, garnące się do świata, nie miałaby spróbować tutejszego terenu i zarobić dobry grosz, prowadząc dom angielski. Zabierzmy się do tego eksportu polskiego. Jest w tem pieniądz, jest w tem korzyść dla jednostki i państwa.
Dla porównania z ohydą kuchni angielskiej (przypomnę: twarde mięso, rozgotowane jarzyny) przytaczam menu z pewnej krakowskiej restauracji z lat 30. – jest adres! Za 2 złote można było tam zjeść obiad z trzech dań, następujące menu dawało poniżej pokazany ich wybór. Obawiam się, że adres nieaktualny, cena także, a i takiego menu już nie znajdziemy… Ale kuchnia polska nie jest zła i dzisiaj, prawda? A jak jest z angielską?…
