Inspiracja ze starej gazety na sobotę

dnia

Na przykład z „Przekroju”. Jego korespondent opisywał kuchnie naszych sąsiadów w roku 1960. Wśród sąsiadów obok Czechów znaleźli się Węgrzy, Bułgarzy i Rumuni, z czego możemy wywnioskować, że chodziło raczej o tzw. w PRL-u bratnie kraje, a nie o sąsiadów przez granicę. Młodzieży wyjaśniam, że tzw. obóz bratnich krajów powstał w wyniku II wojny światowej za sprawą udziału Stalina w koalicji antyhitlerowskiej.

Jak było, tak było. Jednym z niewielu plusów tej smutnej sytuacji geopolitycznej był ten, że Polacy życzliwszym okiem spoglądali na Czechów (o których przed wojną pisano straszne rzeczy! I vice versa) oraz poznawali kulturę i obyczaje właśnie „bratnich demoludów”. O ile przed wojną Rumunia czy Węgry były znane jako tako, o tyle Bułgaria prawie wcale.

„Przekrój” Mariana Eilego robił co mógł, aby to poznanie szerzyć – tak z demoludami, jak i z Zachodem, i z całym światem. Na ile to było możliwe.

Z reportażu Romana Burzyńskiego z podróży wśród owych sąsiadów zaczerpnęłam inspirację do obiadu po węgiersku. Opisał on w części „Węgry” trzy potrawy; daję ich pełne opisy ze względu na smaczny i charakterystyczny styl „przekrojowy”, który wyróżniał ten tygodnik spośród prasy PRL-u:

Transylwański Drewniany Talerz Mięsa; właściwie trzy takie talerze, bo było nas sześcioro, a jeden talerz jest na dwie osoby. Dlaczego „to” się nazywało transylwańskie, nie wiadomo. Talerz, a raczej półmisek, na którym podano potrawę, był drewniany niewątpliwie z powodu jakichś tradycji. Z tego drewnianego okrągłego półmiska nabieraliśmy sobie jedzenie na talerze normalne. T. D. T. M. (Transylwański  Drewniany itd.) wyglądał następująco: na środku były trzy kotlety. Jeden wieprzowy naturalny, jeden wieprzowy obsmażany w mące i jeden cielęcy obsmażany w bułeczce. Wokoło leżał garniturek z kartofli, pomidorów, papryki i ogórka, bez specjalnej przewagi jednego z tych czterech składników. Podkreślam ten fakt, bowiem wynika stąd, że kartofli było mało, co mi się bardzo podobało. Całość przyozdobiono kawałkiem słoniny, nadkrajanej tylko z jednego boku (jak grzebień) i zapiekanej na chrupko.

Potem reporter jadł naleśniki na słodko, czyli czokisz palaczinta , które określił jako „niebo w gębie”. Były to naleśniki nadziewane kremem czekoladowym. Cóż za Lukullus wymyślił rzecz tak genialną a tak prostą! Prosiłem, aby mnie skontaktowano osobiście z kucharzem, ale było to niemożliwe z powodu spóźnionej pory. Kucharz poszedł już do domu. Nie mogąc podać dokładnego przepisu, notuję jedynie z obserwacji własnych: naleśniki były lekko podsmażane i przyjemnie kruche. Wewnątrz znajdowała się płynna masa czekoladowa, a w niej siekane orzechy. Lekko podlane rumem. Mniam, mniam. Obiecuję, że kiedyś takie naleśniki zrobię: jest to danie nazwane à la Gundel, od nazwiska słynnego szefa kuchni, który zresztą wymyślił wiele rewelacyjnych potraw.

Wreszcie przytoczony jest przepis na paprykarz „Czirke”. Robi się go z kurczaka, ewentualnie z kury. (…) podzielić drób i smażyć kawałki na smalcu z cebulą, przysmażoną na kolor złoty, z dodatkiem papryki. Dodać trochę wody i dusić tak długo aż mięso będzie miękkie. Gdy to nastąpi, smażyć jeszcze przez taki czas, ażeby wyparowała woda. W końcu podlać śmietaną, ale bardzo uważać, ażeby ta śmietana tylko raz zakipiała. Podać z lanymi kluseczkami. Delicje!

Przeczytawszy te apetyczne opisy, zadysponowałam na obiad coś jeszcze innego. Treściwy i paprykowy gulasz z wołowiny (gulyas), który jest właściwie moją wariacją na temat gulaszu. Oczywiście przestrzegam tego, że węgierski gulasz ma być zupą, podawaną z pieczywem, a nie typowym drugim daniem, czyli mięsem w gęstym sosie. Tylko niektóre dodatki są tym, co lubię.

Gulasz powstaje z dobrej wołowiny, którą ja wolę kroić może nie całkiem po węgiersku w dość cienkie paski. Oczywiście w poprzek włókien. To jednak zawsze dość twarde mięso, a chciałabym, aby każdy z domowników mógł je pogryźć. Podsmażam na złoto cebulę i czosnek (nie jest konieczny). Na cebulę rzucam słodką paprykę (po odstawieniu z ognia, aby jej nie skarmelizować, przez co gorzknieje) oraz roztłuczony w moździerzu kminek. Na ten podkład daję mięso. Lekko obsmażam i podduszam. Na to daję bulion wołowy. Gdy mięso mięknie, wrzucam pokrojoną czerwoną paprykę oraz puszkę pokrojonych pomidorów oraz, nietypowo chyba, dość grube plastry marchwi. Tak lubię. Ma powstać dość gęsta zupa. Ja jej nie zagęszczam mąką, ale kto chce, może to zrobić, zwłaszcza gdyby zupa była zbyt rzadka. Na końcu daję pokrojona bardzo ostrą papryczkę (no dobrze, przyznam się, miałam ostrą meksykańską habanero i ją dałam w miejsce tzw. czuszki) oraz ostrą paprykę w proszku i… pół łyżeczki cukru dla przełamania smaku (zdaje się, że też nie całkiem po węgiersku). I już.

Przed gulaszem podaję bardzo prostą zieleninę, składa się z rzymskiej sałaty wymieszanej z żółtą papryką i zielonym pieprzem. Doprawiam ją olejem słonecznikowym i cytryną. Ciekawe, co na taki zestaw by powiedział reporter „Przekroju”. Że też nie mogę się przenieść w tamte czasy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s