Wracam do zeszytu z przepisami, który dał się odnaleźć po prawie trzydziestu latach. Były lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (!), gdy w zwykły zeszyt 16-kartkowy w kratkę wpisywałam przepisy tłumaczone z jakiś niemieckich pism. Wybierałam te potrawy, których wykonanie było jako tako możliwe. Ograniczała mnie dostępność, czy raczej niedostępność, większości wymienianych produktów. Czy były wtedy w sklepach brzoskwinie w puszkach? Mam wątpliwości. Ale przepis zapisałam. Raczej liczyłam na brzoskwinie świeże. Kakao, o ile pamiętam, czasem dawało się dostać, w przeciwieństwie do czekolady (był czas, że była na kartki!). Ten deser przypomina spotykane wówczas wyroby tzw. czekoladopodobne. Też były rarytasem.
Oto dowód moich kulinarnych nadziei; przepisy pisałam skrótami, tłumacząc na gorąco:

Dzisiaj z kupieniem puszki brzoskwiń kłopotu nie miałam. Najwyżej z tym, której firmy produkt wybrać. Resztę zrobiłam prawie jak w przepisie. Z tym, że cukier wzięłam drobny brązowy, a do sosu wrzuciłam kilka nasionek anyżu.

Ponieważ owoce miały być dla dzieci, nie dodałam do nich brandy. Prosty, szybki deser z rodzaju tych cudnych porad ze starych książek kucharskich, „gdy niczego nie ma w domu”…