Z miłości do przeszłości

Od czasu do czas chadzam do kina. Filmy dobieram starannie,
już nie muszę oglądać wszystkiego, co nowe. To kolejny z przywilejów wieku, hm,
dojrzałego.

Dobrany starannie film utrafił całkowicie w mój gust. To
najnowsza produkcja Woddy’ego Allena. O Paryżu pokazanym tak, że chce się
wsiąść w samolot i tam znaleźć. Nawet w deszczu i bez parasola. W kinie to nie
sztuka, także reklamy Warszawy pozwalają mi niekiedy spojrzeć na moje miasto
innym okiem.

Mnie zachwycił także scenariusz filmu i pewien szczególny
zabieg. Jest taki wdzięczny film francuski „Piękności nocy”, wykorzystujący motyw zakręconej podróży w czasie. Moim zdaniem, wybór tej konwencji, to ukłon Allena w stronę owej francuskiej tradycji filmowej. A jeżeli się mylę, to dobrze, gdyby tak było.

Oczywiście podróży w czasie tak pokazanej, jak w tym filmie, nie wymyślił by nikt, kto nie kocha tradycji, do której się zwraca. Złoty czas Paryża to lata dwudzieste (m.in. bo epok złotych Paris ma więcej niż jedną). Zwłaszcza Amerykanie wtedy mieli tam co robić. Rządzili Paryżem za sprawą mocnego dolara, zwłaszcza w Europie odreagowującej szok po Wielkiej Wojnie, którą dopiero za dwie dekady zaczęto nazywać pierwszą światową. Jeszcze coś: w Paryżu było centrum ówczesnego artystycznego świata.

Szalone lata dwudzieste. Włosy „na chłopczycę”, krótkie sukienki, jazz, a więc Cole Porter (ojej, jaka piękna muzyka w Allena). Malarze, malarze, od Picassa po Dalego (w tle i inni, nawet, poza tą epoką, nieoczekiwanie Gauguin). Pisarze, poeci, nawet Eliot, T.S. Eliot. Gertrudę Stein miał z nim zapoznać Ezra Pound… Sławna para ówczesnych celebrytów: Scott Fitzegrald i jego zwariowana żona Zelda. A przede wszystkim Hemingway. Aby nie zdradzać zbyt wiele, powiem, że poprzez Hemingwaya bohater filmu (jak to się dzieje, że z blondynka o urodzie surfera w miarę wędrówki po Paryżu nabiera oblicza, łącznie z charakterystycznym nosem, neurotycznego autobohatera najsławniejszych filmów Allenowskich?…) trafia do słynnej amerykańskiej pisarki, przyjaciółki ówczesnej paryskiej bohemy czyli po prostu Gertrudy Stein. Drzwi otwiera mu Alicja B. Toklas.

Miód na moje serce. Serce miłośniczki „Autobiografii Alicji B. Toklas” wspomnianej już Gertrudy Stein, oraz „The Alice B. Toklas Cookbook”, czyli „Książki kucharskiej Alicji B. Toklas”. A to pozycje, które i dzisiaj mogą czegoś szczególnego nauczyć (poza przekazaniem urody czasów, w których powstawały). Choćby fantazyjnego i fantastycznego gotowania, no i stylu życia.

Gertruda pisze (piórem Alicji), a Woody Allen przekłada to na język kina: Bywała u nas nieskończona rozmaitość ludzi. Każdy przychodził i każdy przyjmowany był bez różnicy. Gertruda Stein siedziała sobie spokojnie w fotelu, ci, którzy znajdowali miejsce, czynili to samo a reszta stała. Przyjaciele siedzieli przy piecu i gadali a obcy przybysze przewijali się nieskończonym korowodem, pojawiali się i znikali. Jak bohater Allenowskiego filmu, chciałoby się dopowiedzieć.
Gertruda, to ta Gertruda, o której Picasso mówił, a przynajmniej się spodziewała, że mówi: Ależ to moja jedyna przyjaciółka (…), jej dom to jedyny dom, w którym bywam.

To ta sama Gertruda, z którą T. S. prowadził dłuższą dyskusję głównie na temat bezokoliczników
i różnych gramatycznych niekonsekwencji
. Oglądając film, nietrudno w to uwierzyć. Opisany przez Gertrudę (oczywiście jako Alicję) Hemingway miał dwadzieścia trzy lata, wyglądała z cudzoziemska i miał szalenie zainteresowane wszystkim oczy, zainteresowane a nie interesujące. A jeszcze ta opinia: Wygląda na nowoczesnego a trąci zapachem muzeów. Jestem przekonana, że Woody Allen tworząc postać Hema, ją znał.

Czy znał kulinarne dokonania Alicji? Niestety, w filmie nie ma śladu, ani po okoniu dla Picassa, ani po jajach dla Picabii. Szkoda. To jedyny żal. Bo poza nim na filmie bawiłam się świetnie.

Przypomniał mi moje dziecinne marzenia, by znaleźć się w przedwojennej Warszawie lat trzydziestych. Chodzić po Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, po Alejach Ujazdowskich i Nalewkach, po placu Piłsudskiego ze słynnym IPS-em (z dzieciństwa pamiętam ruinę, w której na krótko gościł Teatr Żydowski). A może zaprosić Woody’ego Allena, by nam wskrzesił i ten świat? Choćby na chwilę, na tyle, ile trwa film.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s