Ciasta z czasów PRL-u. Tak się piekło

dnia

Przed świętami poszukuje się niekiedy pomysłów na wypieki. Jedni chcą znaleźć coś zupełnie nowego, odjazdowego, efektownego, inni poszukują smaków młodości. Moja młodość przypadała na czas PRL-u. Mody na ciasta i wtedy się zmieniały. A przy tym przepisy krążyły w ciekawy sposób. Nie było wtedy telewizyjnych programów kulinarnych, o książki kucharskie nie było łatwo (kupowało się je „spod lady” i szybko znikały), rubryki kulinarne prowadziły nieliczne czasopisma, a pism kulinarnych „normalnie” nie było. Niektórym może być trudno uwierzyć w to, co napiszę: NIE BYŁO internetu. Nie bujam.

Przepisy rozchodziły więc pocztą zwaną pantoflową, dzieliły się nimi przyjaciółki i koleżanki np. z pracy. Moja Mama, od kiedy podjęła pracę, zaczęła przynosić takie różne propozycje, bo wcześniej miała repertuar ograniczony do potraw, w tym wypieków, wyniesionych ze swego rodzinnego domu. Potem ja, gdy poszłam między ludzi, też od nich uczyłam się nowych, ciekawszych rzeczy.

Dwa takie ciasta odnalazłam, zrekonstruowałam i upiekłam. Może komuś przypomną czasy młodości? Oba nie są trudne, nie wymagają specjalnych składników. Są poczciwe i po prostu smaczne. Może komuś będzie się chciało podać je na święta? Nazwałam je od tych znajomych, którym przepisy zawdzięczam.

Pierwszą, już nieżyjącą panią Gł. wspominam z ogromną życzliwością. Oboje byli przyjaciółmi moich rodziców i całkiem bezinteresownie gościli mnie przez pierwszy rok mojej kariery studenckiej w mieście Łodzi. Bardzo ciepli i bardzo życzliwi. Pani Stefania podyktowała mi przepis na to ciasto, które potem kilka razy robiłam. To murzynek (co na to polityczna poprawność?). Przepis na wersję tego ciasta z wypieku mojej Mamy był inny. Ten jest atrakcyjny i efektowniejszy, bo pozwala bez szczególnych zabiegów uzyskać ciasto z czekoladową polewą. Czekolada niepotrzebna, wystarczy kakao. Niestety, zawieruszył mi się notes z tym przepisem, choć jeszcze niedawno go widziałam. Odtworzyłam więc recepturę z pamięci.

 

Murzynek pani Stefanii Gł.

1 kostka masła

1,5 szklanki cukru

3 łyżki ciemnego kakao

3 łyżki wody

4 jajka

2 szklanki mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

rodzynki namoczone w 2 łyżkach rumu lub herbaty z zapachem rumowym

Masło stopić w rondelku, w gorące włożyć cukier, kakao i wodę. Wymieszać dokładnie. Odlać dobre pół szklanki na polewę.

Do płynnej przestudzonej nieco masy dodać mąkę, proszek do pieczenia, żółtka. Z białek ubić pianę, domieszać ją na dwa razy – najpierw małą porcję, potem całość. Na końcu wmieszać rodzynki wraz z rumem. Piecze się murzynka 40-50 minut w 180 st. C. Jeszcze ciepłe ciasto polewa się odstawioną masą.

 

Ciasto upiekłam z jedną istotną modyfikacją: zamiast masła wzięłam niepełną szklankę oleju słonecznikowego. Jak widać, efekt niezły. Do polewy dodałam także kroplę olejku lawendowego i uzyskałam ciekawy efekt smakowy. Pewnie można dać jakiś inny aromat lub tzw. zapach. Ponieważ wyszły mi dwa ciasta, jedno posypałam z wierzchu migdałami pokrojonymi w słupki. Można zastosować też skórkę pomarańczową lub cukiernicze wisienki.

Drugie z ciast jest typowym ciastem piaskowym, eleganckim, sypkim i wybitnie smacznym. Przepis na to ciasto podała mi redakcyjna koleżanka, z którą kontakt się urwał, choć zachowałam ją w pamięci. Była znakomitą gospodynią i zawsze przynosiła ciekawe nowinki.

Ciasto piaskowe Krystyny J.

kostka masła

1 płaska szklanka mąki ziemniaczanej

2 łyżki mąki pszennej

1 szklanka cukru pudru

zapach albo cukier waniliowy

3 jajka

łyżeczka proszku do pieczenia

łyżka octu

Kostkę masła rozpuścić, w gorące wsypać obie mąki, cukier i zapach, wymieszać dokładnie. Gdy trochę przestygnie, wbić jajka, mieszając kolejno. Dać łyżkę octu i łyżeczkę proszku do pieczenia. Piecze się 40 minut w 180 st. C.

Tu nie da się zastąpić masła olejem. Ciasto musi mieć wytworny smak śmietankowego masła. W „tamtych czasach” był tylko ocet spirytusowy (chyba że samemu się robiło np. z jabłek). Dzisiaj wzięłam ocet z białego wina.

 

Ponadto, jak widać, jedną trzecią ciasta odłożyłam i wymieszałam z łyżką kakao. Do foremki na babkę, przygotowanej do pieczenia, wlałam najpierw część ciasta jasnego, potem ciasto z kakao, potem znowu ciasto jasne i na końcu nieco kakaowego. Taką dwukolorową babkę „proszkową” pamiętam z dzieciństwa. Była atrakcją w czasach, gdy czekolady i kakao było jak na lekarstwo. Na koniec: ciasto chciałam ozdobić gotową kolorową polewą. Oświadczam, że robię to po raz ostatni. Odtąd sama będe robiła lukier. Te gotowe polewy zdecydowanie mi nie wychodzą, może dlatego, że jestem niezdolna. Ale może jakaś wina jest w nich samych, wykonuję je przecież zgodnie z opisem, a bardzo marnie się rozpuszczają.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s