Ryba pyszna i wdzięczna kulinarnie. Najprostszy sposób: usmażyć ją po prostu. W domu bym to zrobiła na patelni grillowej, której zalety opisywałam wiele razy. Można też tę rybę piec w piekarniku lub na grillu elektrycznym czy na węgiel drzewny. U nas jest jeszcze dość droga (jakkolwiek staniała poważnie), tu jest kilka razy tańsza. A jest to kawałek dobrego mięsa, bez ości, bez skóry. Coś jak polędwica wołowa.
Smaży się bajecznie prosto. Po prostu wrzuca na tzw. ogień i już. Posolić zawsze warto po usmażeniu. A ja nie solę w ogóle. Tak nam smakuje. Zastosowałam jednak nieco finezji i zamarynowałam rybę po kupieniu, tzn. natarłam ją roztartym i posiekanym czosnkiem oraz rozmarynem i natką z „ogródka” oraz oliwą. Tym razem do smażenia nie użyłam dodatkowo cebuli i czosnku, choć można. Rozgrzałam nieco oliwy i włożyłam rybę. Smaży się szybko, ale czas zależy od grubości plastra. Tak jak i w wypadku polędwicy: nie warto psuć kawałka wysmażaniem go, może być nieco surowy w środku, to nie szkodzi. Pod koniec dorzuciłam do patelni kilkanaście oliwek.
A co do tego ma wycieczka? Jeden stek z tuńczyka zjedliśmy na obiad (pasuje do niego zarówno sos majonezowy aliloi, jak i paprykowy mojo), drugi wskoczył do pudełeczka (po lodach; warto je trzymać ze względu na dopasowane pokrywki) i zabraliśmy go na wycieczkę. Zjedzony z bufetu samochodowego, do bagietki i lampki wina (a raczej plastikowej szklaneczki), w otoczeniu sosen i drzewek migdałowych, z widokiem na szczyty pasma Sierra Nevada, smakował wybornie. Plus jedzony w całości pomidor, którego smak i tryb spożywania przypomniał mi wycieczki szkolne.
Aha, może jeszcze warto zaznaczyć, że nasza lampka wina nie była tą tradycyjną lampką wina z opowiastki Sławomira Mrożka oznaczającą po pół litra na ryło.
