Sałata jako danie plus deser dla dorosłych

dnia

Amerykański styl życia podziwiano u nas już przed wojną. Jednym z jego przejawów był szokujący sposób odżywiania się. Szeroko komentowano, jak wiele warzyw jada się w Ameryce. I to surowych! Często zupełnie inaczej przyprawianych niż w Europie. Dzisiaj już tak nas to nie dziwi. Czyżbyśmy przejęli amerykański styl życia?

Sałatowa kultura na amerykańskie stoły wchodziła z trudem. W wieku XVIII surowe warzywa uważano za szkodliwe, jak i w Europie. Ale już wiek XIX stał się łaskawszy dla zdrowia. Początkowo warzywa, zwłaszcza w postaci surowych sałat, trafiały do podniebień wyższych warstw. Były drogie, ich przyrządzanie wymagało sporo zachodu. Ale już w wieku XX stały się codziennością, także dla gospodyń nie mających służby. Siekanie, mieszanie, krojenie załatwiał za nie mikser, ręczny, potem elektryczny, a w sklepach pojawiły się dziesiątki gotowych sosów.

Kto czytał przeuroczą książeczkę opisującą amerykańskie doświadczenia jej autorki, Teresy Hołówko, zatytułowaną „Delicje ciotki Dee”, ten może pamięta, jak pisała o amerykańskim stylu jedzenia. A opisała choćby sosy sałatkowe. Gdy książka się u nas ukazała, w latach osiemdziesiątych, czytało się ją jak bajkę. Dzisiaj jesteśmy bliżej tej bajki i wiele opisanych w niej przejawów amerykańskiego stylu życia już nas tak niebotycznie nie dziwi. Choćby te sosy: „Tysiąc Wysp, „Francuskie Przybranie”, „Niebieski Ser”– to popularne sosy do sałaty, bez której nie może się obejść żaden posiłek. Tubylcy sądzą, że używa się tego w każdym zakątku kuli ziemskiej. No i się używa, także u nas.

Autorkę dziwiło wtedy, że Amerykanie pochłaniają wielkie ilości warzyw, wrzucając do wózków w supermarketach stosy jarzyn kolorowych, wymytych, błyszczących, popakowanych w różnej wielkości porcje z wagą i ceną. Jak pisze, samych sałat jest zwykle kilkanaście rodzajów, a są także różne warzywa liściaste, np. szpinak, szczaw czy zioła, jest świeża rzeżucha, są kiełki, poszatkowana kapusta, seler naciowy, marchew, rzepa. W domu włącza się rozdrabniacz, wysypuje wszystko na olbrzymią michę (powinna być z drewna), posypuje „krutonami” (gotowymi maleńkimi grzankami) i zalewa którymś z kilkudziesięciu robionych przemysłowo sosów. Sałata gotowa. W latach osiemdziesiątych, u schyłku PRL-u, były to jakieś bajki, dzisiaj i ta rozmaitość sałat, i innych warzyw, sosów i gotowych grzanek, z francuska nazywanych krutonami (croutons), jest nam dostępna. I także możemy je wrzucać do głębokich wózków w supermarketach (nie do wiary, ale w latach osiemdziesiątych takich nie było, w miastach były tylko „samy”, czyli samoobsługowe sklepy osiedlowe). No i targowiska. I te pozostały, kto woli, nadał może się zaopatrywać na bazarze.

Wróćmy do w Ameryki. Tam sałata, zwyczajem kalifornijskim, jest często podawana na początku posiłku, jako appetizer, czyli pobudzacz apetytu. Autorka „Alfabetu smakosza” dziennikarka i pisarka Mary F. K. Fisher (1908–1992), znana w latach 30., 40. i 50. ub. wieku, tłumaczy to inaczej: znajomością i szacunkiem dla dobrego wina, które będzie podawane do dalszych potraw. Sałata, często przyprawiana sosem z octem lub cytryną, smak wina by popsuła. Lepiej więc podać ją przed posiłkiem, dla zaostrzenia smaku i dla zdrowia.

Te rzeczy warto wiedzieć, by uniknąć sytuacji, w jakiej się znalazła pewna polska delegacja podczas uroczystego przyjęcia w Chicago. Odbywało się przy wielu stolikach, rozmieszczonych w wielkiej sali. Kelnerki zaczęły od rozniesienia talerzy z sałatą. „Nasi” z dezaprobatą patrzyli na miejscowych, ją zajadających, jakby nie mogli, głodomory, doczekać dania głównego. Po jakimś czasie kelnerki zebrały te talerze, przy polskim stoliku – z nietkniętą sałatą. Bo to była przystawka, a nie więdnący dodatek do dania głównego.

A ja podałam sałatę jeszcze inaczej: jako danie główne i jedyne. Była to jednak sałata z dodatkami, dzięki którym stała się syta, wartościowa. No i podawana na ciepło. Przygotowałam ją na wczorajszy wieczór wyborczy, który tradycyjnie spędziliśmy z naszymi Przyjaciółmi. Przyznam, że wymyśliłam tę kolację z myślą o nazwie tego głównego dania. Podałam bowiem Sałatę Cezara, a więc wodza zwycięskiego. Czekając na wyniki wyborów przygotowywaliśmy się na zwycięstwo tych, którym kibicowaliśmy. A gdyby nie wygrali? Cóż, sałata byłaby tak samo smaczna.

Nazywa się: Caesar salad. „Larousse gastronomique” informuje, że sałatę o tej nazwie pierwsi w Ameryce podawali włoscy restauratorzy w latach dwudziestych XX wieku. Składała się z porozrywanych liści sałaty rzymskiej, wymieszanych z winegretem z dodatkiem roztartych lub pokrojonych anchois oraz z jajka gotowanego minutę. Posypana była gorącymi grzankami z bułki, przed smażeniem natartej oliwą, czosnkiem oraz parmezanem. Dziś występuje w różnych wersjach. Moja wersja jest ukłonem w stronę tych włoskich restauratorów, ale zarazem pomysłem autorskim. Tę sałatę trzeba przygotować już przy gościach i podać bez zwłoki.

Sałata Cezara po mojemu

sałata masłowa

piersi kurczaka zagrodowego

papryka wędzona słodka

trawka cytrynowa (sypka)

bułka na grzanki lub grzanki gotowe

2 ząbki czosnku

sól, czarny pieprz z młynka

oliwa extra vergine

łyżeczka musztardy z Dijon

żółtko jajka

Piersi kurczaka pokroić w paski. Co najmniej pół godziny przed przyrządzaniem natrzeć solą oraz papryką wędzoną i trawką cytrynową.

 

Sałatę umyć, osuszyć. Bułkę na grzanki lub grzanki gotowe wymieszać z drobno posiekanym czosnkiem. Przygotować winegret: w zakręconym słoiku wymieszać oliwę, musztardę, żółtko jajka, pieprz i ew. sól (uważać z nią; musztarda jest słona).

Na patelni rozgrzać oliwę. Obsmażyć paseczki kurczaka, obracając, aby były usmażone z każdej strony. Kto chce zachować ładny ich kształt, niech smaży po kilka i obraca starannie, aby pozostały równe. Wyjmować na papier kuchenny. Na tej samej patelni obsmażyć grzanki, skrapiając oliwą, jeśli potrzeba.

W dużej misce ułożyć liście sałaty porwane na mniejsze kawałki, na nie wyłożyć kurczaka i grzanki. Zalać winegretem, wymieszać, od razu podać.

Do sałaty można dodać parmezan, ale będzie bardziej kaloryczna i cięższa. Na pewno warto sałatę posypać pieprzem z młynka. A co podać na toast, jeżeli nasi kandydaci wygrali? Lub na pocieszenie, gdy przegrali. Wiadomo, jakieś bąbelki. Proponuję włoskie wino musujące Prosecco. Możemy je podać po prostu samo, do owoców (i może plasterka sera, skoro nie dodaliśmy go do sałaty).

 

Ale możemy w mig przygotować z niego pyszny deser. Oczywiście i w jednym, i w drugim wypadku, wino musi być mocno schłodzone. Jak każde musujące.

Prosecco z lodami waniliowymi

prosecco

dobre lody waniliowe

laska wanilii

Z laski wanilii zeskrobać czarne ziarenka. Do płaskich szampanek włożyć po kulce lodów. Ostrożnie wlać wino musujące. Na wierzch każdej kulki wyłożyć troszkę ziarenek wanilii.

To wszystko, deser szybko wnosimy na stół. Takie lody podajemy z łyżeczką. Bardzo dobrze smakują z filiżanką espresso, jeżeli nie boimy się kawy na noc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s