All that jazz

dnia

W przeddzień wyborów do Parlamentu Europejskiego dzięki ustawodawcy mamy wolne od polityki, a nawet politykowanie jest zakazane. Poszukajmy więc takiego spędzenia wieczoru, aby jutro rano dziarsko wstać i – iść głosować na tych, których chcemy pokazać Europie! My na wieczór wybraliśmy sobie ulubiony film. I coś do niego.

W latach 30. Tadeusz Boy-Żeleński pisał recenzje teatralne dla „Kuriera Porannego”. Jedna z nich – z roku 1935 – omawiała sztukę, która już od lat 20. przetaczała się przez sceny amerykańskie i europejskie pod tytułami albo „Chicago”, albo „Roxie”. Autorka, Maurine Dallas Watkins, napisała ją w roku 1927, opierając się na autentycznych wydarzeniach. W tym złym mieście sądzono w tym czasie dwie kobiety, które zamordowały swoich partnerów. Autorka sztuki nadała im sceniczne imiona: Roxie i Velma, pod którymi weszły do historii teatru, ale zwłaszcza filmu. To wie każdy kinoman. Zna przecież znakomity film-musical pt. „Chicago” z Renée Zellweger oraz Catheriną Zetą-Jones. Obie są znakomite, jak zresztą i plejada aktorów, którzy pokazują się w filmie w reż. Roba Marshalla „Chicago”, nagrodzonym Oskarem w roku 2002. Wśród nich wymienię jeszcze zachwycająca czwórkę (mają co zagrać!): Richard Gere (adwokat), Queen Latiffe (nadzorczyni więzienna, imponująca Mama), John C. Reilly (mąż Roxie) oraz Christine Baranski. Ta ostatnia zapewne to postać samej autorki sztuki (Boy, znając jedynie inicjały, myślał, ze autorem jest mężczyzna…), będącej wzorcem dla scenariusza „Chicago”. Pani Watkins była właśnie chicagowską dziennikarką, która uchwyciła autentyczny i bulwersujący klimat epoki. Zanim powstał genialny scenariusz, jej sztukę ogrywano na Brodwayu oraz filmowano (np. w wersji pt. „Roxie Hart” z roku 1942 z Ginger Rogers).

Sztuka o zdemoralizowanej Roxie, będącej zarazem ofiarą obyczajowości swych czasów, przetoczyła się także przez przedwojenne sceny polskie. I recenzję o niej napisał Boy-Żeleński. Zaczyna słowami: „Wiele można zarzucić tej sztuce, ale nie to, aby krętymi drogami szła do celu. In medias res, jak mówią u nas w Europie [mój komentarz: a przynajmniej mówili wtedy, gdy gimnazja uczyły jeszcze łaciny…]. Łóżko, negliż, whisky, portfel, dolary, plugastwa, kłótnia, strzał, trup – oto zwięzła ekspozycja tej ‘komedii’ amerykańskiej”. (…) Z chwilą gdy Roxie zabiła człowieka, z czynu jej tryska dobroczynne źródło reklamy, której łakną wszyscy: sierżant policji, który ją zaaresztował, prokurator, który ją pierwszy przesłuchał, adwokat, który jej będzie bronił, reporter wielkiego pisma”. W sztuce, jak opisuje Boy, to „reporter jest zarazem tej reklamy rozdawcą, wielkim regulatorem ruchu, jaki się czyni dokoła świeżych zwłok, on jest tu pierwszą figurą, ważniejszą od samej morderczyni. Bo przecież wszystko w kosmosie istnieje o tyle i tak, o ile i jak znajdzie się w gazecie”.

Pozostaje nam zauważyć, jak piękny i klarowny język można było znaleźć w codziennej gazecie przedwojennej, gdy byle sztuczydła teatralne opisywał pan Tadeusz. Tę akurat wystawiał teatr Stefana Jaracza.

Z recenzji dokładnie możemy się dowiedzieć, o czym była sztuka. I porównać, co z niej znalazło się w filmie, który należy do tych przez nas ulubionych. „Roxie siedzi w więzieniu, niezgorzej zresztą urządzonym. Widzimy tam cała galerie kobiet i nierówność ich losu. Jednych zbrodnie są interesujące – te, przystojne i młode, wystrojone w suknie ostatniej mody, idą na rozprawę jak na bal, pewne uniewinnienia; inne w zgrzebnych workach pokutują dożywocie…”. Żeby tylko: w filmie jest nawet zaaranżowane baletowo-cyrkowo wykonanie kary śmierci. A jest także oddana w języku filmowego musicalu ta sprawcza rola prasy. Rola jest sprawcza, ale prasą ktoś steruje. Mistrzem marionetek jest sprytny adwokat (Richard Gere, który wyśpiewuje „ja miłości tylko chcęęę”).

W filmie mieszają się kicz z wielkością, niemoralność z jeszcze większym zepsuciem, a nad wszystkim królują, jak to w musicalu, taniec i śpiew. Znakomite i nie starzejące się dla wszystkich, którzy lubią w kinie ten gatunek. W tym wydaniu – my bardzo go lubimy. Zwłaszcza tak perfekcyjne wykonanie. No i w sumie tych biednych dziewczyn żal…

Aby utrzymać się w dekadenckim klimacie epoki, do oglądania filmu sporządziliśmy wymyślny koktajl na winie musującym (kto ma, może go zrobić na szampanie!). Wymyśliłam go sama i nadałam mu, oczywiście, nazwę związaną z filmem.

 

Cocktail Roxie & Velma po mojemu

20 ml Blue Curaçao

20 ml likier fiołkowy (Liqueur de Violette)

40 ml białego rumu

wino musujące do dopełnienia kieliszków

lód

sok (20 ml) i plasterki limonki

W shakerze wstrząsnąć oba likiery i rum z lodem oraz sokiem z limonki. Przez sitko wlać do kieliszków. Zalać winem musującym lub wręcz szampanem. Dodać dodatkowy lód i plasterek limonki. Podawać w płaskim kieliszku do szampana lub w kieliszku koktajlowym.

 

Proporcje koktajlu proponuję dobrać do swojego smaku. Ci, którzy wolą smak mniej słodki, dodadzą mniej likierów. Redukujący alkohol wezmą mniej rumu. Koktajl pijemy słuchając filmowych piosenek (All that jazz) i wzruszając się historiami maltretowanych kobiet, dla których sprawiedliwość była nieosiągalna. No, chyba że spotkały na swojej drodze pewnego adwokata, mistrzowsko poruszającego marionetkami z prasy.

A do sobotnio-niedzielnego poczytania opis koktajlowych przyjęć z przedwojennej „Kobiety w świecie i w domu”. Jest rok 1938. Zwróćmy uwagę na całą ówczesną polityczną niepoprawność języka, wedle naszych kryteriów oczywiście. No i na to, jakimi szlakami wchodziły do naszego zaścianka alkoholowe mody.

Te amerykańskie „ogony kogucie” (dosłowne tłumaczenie słowa Cocktail) przyszły do nas wraz z murzyńskimi tańcami i wraz z nimi stały się modne. Zawładnęły gustem snobów przedewszystkim, potem gustem ludzi kierujących się modą, następnie stały się koniecznością narzuconą tą modą szerszym kołom towarzyskim. Obecnie są prawie niezbędne na popołudniowych przyjęciach, five-o-clock’ach, kawach czarnych, podwieczorkach z tańcami itp.

 

W Polsce wszystkie napoje mieszane łączą się pod jedną nazwą Cocktail’i. W swojej zamorskiej ojczyźnie w zależności od ich części składowych i sposobu przyrządzania, poza ogólną nazwą „american drinks” – dzielą się one na Cocktaile właściwe, F’lips’y (przyrządzane z żółtkiem), Cobblery (mniej ostre), Cups, przypominające nasze kruszony, tylko bardziej skomplikowane, Nogs, Fizzs itp. itp.

Moda „american drinks” tak się przyjęła w Europie, że, za przykładem Londynu i Paryża, w niejednym gabinecie polskiego pana domu i w niejednym buduarze pani ustawiana mały „cocktail bar”, składający się z szafki, zawierającej całą baterię butelek z alkoholami, konserwami, owocami, różnego kształtu kieliszkami i puharkami [!], wazy na lód, niezbędnych do ubijania, mieszania (shacker’em) i z lady, na której się przyrządza i podaje napoje.

Jeżeli jeszcze lada jest wysoka (jak w prawdziwym barze, to napoje się przyrządza na deseczce wysuwanej z szafki) i są wysokie stały dla gości, a gospodarz czy gospodyni ubiorą się w białą kurtkę barmana, to złudzenie jest kompletne i zapanowuje nastrój odpowiednio wesoły i beztroski.

Wobec tej mody i czytelniczki „Kobiety” chciały mieć przepisy napoi, dających się przyrządzić łatwo, w smaku oryginalnych, a jednak odpowiadających przeciętnym gustom polskim.

A jak dalece dziwaczne mogą być przepisy amerykańskie, stosowane w barach paryskich, tego dowodzą dodatki, mające podnieść i zmienić smak napoju: oliwki marynowane, świeże ostrygi, gałązki zielonej mięty, kawałki pieczonego jabłka, tarta gałka muszkatołowa, surowy ogórek, surowe żółtka, parę łyżek gorącego mleka itp., wkładane do gotowej mieszaniny z tłuczonym lodem.

W normalnych naszych warunkach, kiedy cocktail ma być podawany jaka napój orzeźwiający na większą ilość osób, przyrządzanie go w „shackerze”, zawierającym 2 do 4 kieliszków, jest zbyteczne. Wystarczy wymieszać dobrze wszystkie wchodzące do napoju ingrediencje w dużej wazie lub dzbanie. Cząstki owoców większych lub całe mniejsze i lód drobno potłuczony wkładamy wprost do dużych, przeważnie płaskich kieliszków na niskich nóżkach. Płaskie kieliszki od szampana też służyć mogą do tego celu.

Tyle uwag wstępnych. Dokładniejszy opis przedwojennego dekorowania kieliszków oraz przepisy na autentyczne specjalności z roku 1938 zostawiam na kiedy indziej. Może podam je przy kolejnych wyborach? Czekają nas jesienią.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s