Kupmy ładny kawałek rostbefu. Zamarynujmy go. Mój polałam sosem sojowym i oliwą oraz posypałam kaparami i obłożyłam rozmarynem. Tak marynowany może leżeć kilka dni w lodówce, ale niech będzie to dzień-dwa. Co jakiś czas warto go obracać, wcierając przyprawy. Pieczenie nie jest filozofią. Trwa około godziny, oczywiście zależy od wielkości rostbefu.
Ja wstawiam mięso do piekarnika rozgrzanego na maksa na jakiś kwadrans, potem piekę je w temperaturze ok. 200 stopni, kładąc na wierzchu kawałeczki masła (można dać łyżkę oliwy) i polewając tworzącym się sosem. Odwracam podczas pieczenia, aby było równomiernie rumiane z wierzchu. (Trzeba uważać, żeby mięsa nie kłuć!). W środku, zależy jak lubimy, ma być dopieczone albo krwiste. Staram się, aby było medium. Przyznam, że to sztuka. Trzeba mieć pewna wprawę i kilka rostbefów za sobą, aby trafiać w punkt. No i mięso musi być na poziomie jakościowym, a kawałek nie może być za mały (ok. 2 kg, dawne gospodynie zalecały co najmniej 4-kilowe rostbefy, ale ich nie posłuchamy!). Marynowanie ma na celu zmiękczenie mięsa. Aha, i solimy je po upieczeniu. Ja, ponieważ użyłam sosu sojowego, nie posoliłam wcale.
Do takiego mięsa koniecznie podajmy sałatę. Moja to rukola podprawiona winegretem z oliwy i soku pomarańczowego, z dodatkiem łyżeczki cytryny. Gdy wyciskałam sok ze świeżych pomarańczy, nie cedziłam go do winegretu, stąd na wierzchu sałaty znalazły się rozmiękczone cytrusy. Obficie posypałam je czarnym pieprzem z młynka. I już. Sałata z cienkimi plasterkami rostbefu (tak go się kroi, po dostawieniu pod folia al. na 10 minut, aby soki się w nim rozeszły) pasowała do świeżego chleba. Ale oczywiście można upiec lub usmażyć do obiadu ziemniaki, także frytki. I zamiast z sokiem z pomarańczy podać obiad z czerwonym winem o intensywnym smaku, np. jakimś typu merlot.