Los bywa łaskawy dla zainteresowań. Zauważyłam, że gdy chodzę wokół jakiegoś tematu, wpadają mi w ręce – i do głowy – związane z tematem znaleziska.
Interesuje mnie postać Zuzanny Ginczanki; opisałam ją już dość szeroko, wykorzystując znalezione tylko przez mnie fakciki; tekst można znaleźć na naszej stronie w zakładce „Niebanalne kobiety” (tekst pt. „Podglądanie Zuzanny”, tu: http://www.femmeinfo.pl/index.php/Niebanalne-kobiety/Podgladanie-Zuzanny ); jest także w archiwalnym papierowym wydaniu „emFemme”.
Ale, oto moje nowe znalezisko. Nowych faktów nie poznałam, ale ucieszyło mnie, że dwie pozycje wzmiankujące Zuzannę mam na własność!
Otóż w mojej dzielnicowej bibliotece jest półka, na której czytelnicy składają książki, które im nie są już potrzebne. Sama też tam kilka wyniosłam, jakkolwiek zawsze mi ciężko się rozstać nawet z tymi, po które nie sięgam…
Wpadłam na dwie pozycje odłożone z czyjejś domowej biblioteki: Mieczysława Jastruna „Smugę światła” oraz Juliana Aleksandrowicza „Kartki z dziennika doktora Twardego”. Obie to pierwsze wydania. W książce doktora Aleksandrowicza jest dedykacja (zamieszczam ją), niestety napisana pismem lekarskim, mało czytelnym. Odcyfrowałam, że autor ofiarowuje swe wspomnienia okupacyjne redaktorowi nazwiska nieczytelnego, przynajmniej dla mnie, o imieniu chyba Władysław.
Sama książeczka (piękna subtelna obwoluta projektu Anny Marii Dzieduszyckiej) jest poruszająca. Zwłaszcza dzisiaj, gdy w dyskusjach wracają do nas, którzy nie mamy pojęcia o realiach, okupacyjne sprawy polsko-żydowskie. Doktor wraz z rodziną wyszedł kanałami z krakowskiego getta. Potem był w partyzantce, żona z synem się ukrywała u dobrych ludzi. Doktora wymienia na ogół „ludzi prawdziwych”, pozostali – źli czy tylko obojętni – są oględnie wspomniani. Może szkoda, że w tak wielu okupacyjnych wspomnieniach Ocaleni na ogół pisali właśnie tylko o tych, którzy ich ratowali. Może dzisiaj nie było trzeba odkłamywać tych ponurych czasów, o których ten, co je przeżył pisał tak: „W tragicznych latach zawieruchy wojennej człowiek uświadomił sobie swój anonimowy byt, podległy bezlitosnym prawom silniejszego. Wyrwany ze swego naturalnego środowiska, pozbawiony złudzeń, nieszczęśliwy, bezradny, odarty ze wszystkich wiar, które dawniej pomagały mu żyć, widział jedynie bezsens swej egzystencji, wiodący go od cierpień i chorób”. Przeżycie tego pozwala jednak wznieść się na wyższy poziom, poprzez dostrzeżenie, że „Zło cofa nas do tego, co jest nieświadome. Oddziela nas od innych, czyni samolubnymi, wyobcowuje z grupy społecznej. Dobro – w biologiczno-społecznym sensie – zwiększa solidarność między ludźmi zamieszkującymi ziemski glob”. Doktor pozostał humanistą i optymistą, mimo okrutnych doświadczeń, ale przecież przeżył – on i jego rodzina. Czy, gdyby ją stracił przy pomocy jakichś zbrodniczych kreatur, zachowałby wiarę w postęp i „dobry los”?
Ale oto, jak opisał zaliczonego przez niego do ”Ludzi Prawdziwych”, Janusza Woźniakowskiego, jak wiemy, ratującego w tym czasie i Zuzannę, oraz jak wspomniał to, co wiedział o niej (zapewne od Woźniakowskiego).
„Poznaję też szczupłego blondyna z małym wąsikiem, ironicznym uśmieszkiem w oczach, krytych pod dużymi szkłami. To Janusz Woźniakowski, aktywista PPR”. Doktorowi pomaga, wraz z dwoma innymi znajomymi, znaleźć kryjówkę dla niego i rodziny. Rezerwowe mieszkanie mieści się „w domu PKO przy ulicy Zbylikiewicza. W ogromnym bloku, wśród setek lokatorów, mieliśmy szansę bytować niepostrzeżenie. Znalazły się nowe ‘kennekarty’, meldunki, ‘arbeitskarty’. W sąsiedztwie mieszkała Zuzanna Ginczanka, młoda, obiecująca poetka (w rok później zamordowana przez Niemców w Swoszowicach), i jej mąż, historyk sztuki, syn znanego posła na sejm”.
Ojcem męża Zuzanny, Michała Weinziehera, którego nazwiska doktor nie wymienia, był dr Salomon Weinzieher, istotnie znany poseł na Sejm II RP. (Nawiasem, w bibliotece sejmowej jest podana data jego urodzenia, a przy dacie śmierci jest znak zapytania. Można by go zastąpić rokiem 1943. Podczas wojny ojciec Michała przebywał w getcie w Będzinie, był tam dyrektorem szpitala. Podobno mógł się ratować ucieczką za granicę, ale nie chciał opuścić chorej siostry. Zginął wraz z nią, wywieziony do Auschwitz). Skąd Swoszowice jako miejsce zabicia Zuzanny? Dotąd zetknęłam się tylko z więzieniem na Montelupich lub obozem w Płaszowie. To trop do wyjaśniania.
A oto, jak Zuzannę wspomina Mieczysław Jastrun w swej ostatniej za życia wydanej książce wspomnieniowej (PIW, smętny dla książek rok 1983, ohydny papier…):
„Krew męczenników wsiąkła w bruk tego miasta [Krakowa], które chciało być miastem męczenników i uczonych. Śmierć tu, podobnie jak wszędzie, gdzie zjawiali się Niemcy, nie wybierała, wszyscy, którzy na tej ziemi mieszkali, byli winni i skazani. Tak zginęła w tym mieście urocza poetka Zuzanna Ginczanka, zadenuncjowana (jako Żydówka) przez jakąś zbrodniarkę „matkę folksdeutschera”, jak pisała w przeczuciu bliskiej śmierci w wierszu-testamencie, jednym z najbardziej wstrząsających utworów z lat okupacji.
Poznałem ją we Lwowie w roku 1940. Pod koniec następnego roku po wejściu Niemców odbyłem z nią dramatyczną rozmowę. Nie mogła dłużej zostać w Lwowie, obawiała się donosu. Przyszedłem do niej tuż przed moim wyjazdem do Warszawy. Napomknęła mi, że może pojedzie w najbliższym czasie do Krakowa. Miała tam znajomych. Liczyła na pomoc. Jej sytuacja była nie do pozazdroszczenia; była piękna i zwracała uwagę tą swoją urodą wybitnie wschodnią. Pozostawiła wiersz, który powinien być powszechnie znany, utwór żegnającej się z życiem poetki, przekazującej w tym ironicznym testamencie swoje suknie, drobiazgi, „rzeczy żydowskie” tym, których podejrzewała, że ją wydadzą. Nie omyliła się”.
Omylił się Jastrun. Ale o okolicznościach aresztowania Zuzanny – w moim przywołanym wyżej tekście. Oczywiście „matka folksdojczera” (jednak taka powinna być pisownia!) w Krakowie jej nie wydała itd. Zuzanna znała tam oczywiście Janusza Woźniakowskiego. W jego osobie dwie książki znalezione przez mnie na bibliotecznej półce się zapętlają. Naprawdę: warto mieć blisko bibliotekę!