Lubię Iwaszkiewicza. Nieodmiennie. „Sławę i chwałę” czytam co kilka lat, wciąż odnajdując w niej coś nowego. Szkoda, że jej uekranowienia nie były dotąd ani razu udane. A przecież solidny serial, z dobrymi aktorami, mógłby dorównywać klasycznym brytyjskim produkcjom.
Poezje też lubię. Jest tomik Iwaszkiewicza pt. „Krągły rok”. Z 1967 (to był rok!). Od stycznia nie udało się zacząć, rozpocznę od lutego:
Luty
Jak nas wtedy
sypkim śniegiem
zasypało
powiedziałem: mamo mamo
to za mało
była mleczna czekolada
i alberty
japońskimi kwiatuszkami
koperty
zbierane na Murzyniątka
stare marki
i garnuszki ukraińskie
z jarmarku
serce biło mocno biło
aż ustało
ciągle mówię
mamo mamo
to za mało
„Na Murzyniątka” zbierano wtedy nie tylko pieniądze, ale i „marki”, a więc znaczki pocztowe, i papierki do cukierków czy srebrną „cynfolię” (bodajże w „Marii i Magdalenie” Samozwaniec o tym czytałam, ale może się mylę?). Teraz na cele dobroczynne zbieramy plastikowe nakrętki od butelek, ale już nie „na Murzyniątka”, bo to niepoprawne politycznie.
Mleczna czekolada jest nam oczywiście znana, ale „alberty”, kto wie czym są alberty? Przedwojenny słownik wyrazów obcych Arcta podaje: „Alberty – nazwa pewnego rodzaju biszkoptów angielskich”. Ja pamiętam je jako okrągłe, dość miękkie herbatniki. Podobno wymyślono je istotnie w Anglii, a upamiętniają księcia Alberta, ukochanego męża królowej Wiktorii.
Powęszyłam w internecie, wyczytałam, że Biskwity Alberta rozpoczął wytwarzać niejaki Robert Middlemass w Middlemass’ Biscuit Factory w roku 1835. Od końca XIX wieku zaczęły być tam wyrabiane mechanicznie, masowo. Czy istotnie był to ten rok? Czy nie było to pięć lat później? Gdy Wiktoria zobaczyła Alberta po raz pierwszy właśnie w roku 1835, nie zrobił na niej dobrego wrażenia. Dopiero po kilku latach, gdy zmężniał, zakochała się w nim. On w niej także, byli szczęśliwym małżeństwem począwszy odo roku 1840, a konkretnie od 10 lutego! Herbatniki, biszkopty czy biskwity Alberta moim zdaniem upamiętniają ten rok.
Wszystko jedno. Weszły do kanonu klasycznych ciastek.
Załączam przepis z książki Marii Monatowej.
Wspomniane przez nią „kryształki” to środek spulchniający ciasta, czyli kwaśny węglan amonu. Podobno można go dostać i u nas jako produkt firmy „Appetita”. Przyznam, że nie spotkałam, ale teraz poszukam.
Przy okazji: wyczytałam, oto czym się różnią soda, amoniak i proszek do pieczenia:
- – soda oczyszczona trafia tam, gdzie występują składniki o odczynie kwaśnym (ocet, soki owocowe, śmietana, kwaśne mleko, miód, melasa). Reagując z nimi wytwarza gaz, który podnosi ciasto. Działa tuż po dodaniu do mieszanki, dlatego ciasta z nią się nie odstawia, ale od razu piecze. Nie dodaje się sody do ciast, w których nie ma kwaśnego składnika – nie zadziała, tylko pozostawi nieprzyjemny smak;
- – amoniak (kwaśny węglan amonu) nadaje ciastkom porowatą strukturę, przy zachowaniu i puszystości, i chrupkości. Zaczyna działać pod wpływem ciepła, surowe ciasto z nim może stać, a nawet być zamrożone. Podczas pieczenia rozkłada się, jego zapach czuje się podczas pieczenia, ale już nie po nim. Trzyma się go w szczelnym pudelku, bo wietrzeje;
- – proszek do pieczenia daje się tam, gdzie nie ma składników kwaśnych. Zawiera sodę oczyszczoną i substancję kwaśną, aktywującą jej działanie (np. pirofosforan dwusodowy, który zaczyna działać pod wpływem wilgoci, czyli po dodaniu do suchych składników wody lub mleka).
- – Są przepisy zawierające i proszek do pieczenia, i sodę. Natrafiłam na takie muffiny. Tak ma być. Proszek, którego można dodawać więcej, służy do podniesienia ciasta, a soda do zneutralizowania jego niemiłego posmaku.
Od Iwaszkiewicza, poprzez królową Wiktorię, do amoniaku, czyż nie ładnie?