Obwarzanki, serca z piernika i lubczyk

dnia

Tak wyglądały Kaziuki. Święto, na którego obchody przyjeżdżano do przedwojennego Wilna z innych miast Rzeczypospolitej. Była to do pewnego stopnia turystyka kulinarna. Już kiedyś w moim blogu opisywałam Kaziukowy obyczaj. Ale ponieważ znalazłam kolejne z nich relacje – do tematu z małym opóźnieniem wracam. Dzisiaj będzie więc coś do poczytania. Szukających u mnie przepisów – zapraszam jutro.

Kaziuki obchodzi się w dzień patrona Litwy świętego Kazimierza – 4 marca. Opisano je w reportażu na łamach „Tygodnika Ilustrowanego”, wielce zasłużonego pisma wychodzącego w latach 1859–1939. Autorem opisu Kaziuków był Alfons Wysocki, germanista, absolwent UAM w Poznaniu, dziennikarz i literat, ale też nauczyciel, wówczas w Smorgoniach. A Smorgonie dla Kaziuków są bardzo ważne. Bo stamtąd pochodzą słynne obwarzanki, sprzedawane w tym dniu. Są mocnym punktem opisu tego ciekawego święta, dzisiaj chyba już w świadomości rodaków nieobecnego. Wybiorę, rzecz jasna, jego aspekty kulinarne, które mieszczą się w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dla nas stanowią akcent chyba egzotyczny. Zwróćmy uwagę na ciekawy język reportażu, słowa, które przeminęły i których się już nie spotyka. Pisownię tym razem uwspółcześniam:

 NA KAZIUKU

„Dzień 4 marca obchodzony jest od lat dawna [tak w oryginalne] najbardziej uroczyście na całej Wileńszczyźnie. Jest to bowiem święto Patrona Litwy i młodzieży, św. Kazimierza. W królewskiej kaplicy Bazyliki Wileńskiej spoczywają w srebrnej trumience relikwie świętego Królewicza. Tu brały przed laty początek wszystkie uroczystości na dzień Jego imienia. […] Tradycyjnym zwyczajem od lat dawnych odbywały się, począwszy do r. 1604, kiedy Królewicza zaliczono w poczet świętych polskich, festyny-kiermasze. Ich miejscem pierwotnym był plac Katedralny obok bazyliki. Gdy jednak rząd zaborczy wzniósł na placu tym w r. 1900 pomnik Katarzyny, zabroniono dalszych kiermaszów i przeniesiono je na plac Łukiski, przy ul. Mickiewicza.

[…] Dążymy i my z tłumem niezliczonym „tutejszych” i przyjezdnych z całej Polski na plac Łukiski czy po prostu Łukiszki zwanym. […] Na samym wstępie wita nas jakiś magik, sprzedający beczułki tekturowe, wydające za pociągnięciem sznurka głos gdakającej kury. ‘Tanno, tanno’, zachwala swój towar. […] Dążymy dalej do dżungli straganów”. Były w nich zabawki drewniane i gliniane, figurki gipsowe, wyroby z łoziny, drewniane łyżki, wałki, stolnice i małe meble (ja przywiozłam z Wilna, niestety nie z Kazików, drewniany przyrząd do wyławiania kiszonych ogórków ze słoja). Były kosze i inne sprzęty plecione z łoziny i leszczyny. Misy i donice. Tkaniny ręcznego wyrobu. Ale najwięcej było interesujących nas wyrobów spożywczych.

„Czyż można pomyśleć ‘Kaziuk’ bez obwarzanek smorgońskich, czyż można opuścić całe to ‘wesołe miasteczko; nie zaopatrzywszy się w bund obwarzanek? Minęły już na szczęście raz na zawsze te czasy, gdy zachwalano gorące ‘bubliczki’, dziś na „Kaziuku’ zachwalają słodziutkie, waniliowe i migdałowe apetyczne obwarzanki i obwarzaneczki, mieniące się w wiosennym słońcu złotym odcieniem.

– Obwarzaneczki, kupujcie obwarzaneczki smorgońskie – słyszy się wszędzie i tęga obwarzanarka lub obwarzankarz w białym fartuchu zachęcająco wyciąga ku nam apetyczne, brązowe obwarzanki.

Obwarzankarze przybywają tu ze Smorgoń, centrum wypieku obwarzanek i przywożą ze sobą całe wozy tych specjałów. Tygodniami przed ‘Kaziukiem’ pracują smorgońskie piekarnie obwarzanków […].

 Obok obwarzanek jeszcze inny słodki towar nęci kupujących. Są to serduszka ‘Kaziukowskie’. Ten towar ma innych nabywców: zakochane pary, sztubaczki, studentów, młodzież akademicką a przede wszystkim tak licznych na Wileńszczyźnie imienników św. Kazimierza. […] Niekoniecznie trzeba zjeść to piernikowe lub miodowe serce, ozdobione różnokolorowym lukrem i różnymi napisami, często nieortograficznymi, wśród których przeważają napisy: dla Kazi, Kazimiera, na pamiątkę dla Kazi, ba, nawet dla Tangolity. Większe serca zapakuje usłużny sprzedawca serc do kartoników i zabiera się je do domu, ozdabiając nimi ścianę swego mieszkania. Przynoszą one ponoć szczęście w miłości i są jakoby lubczykami dla zakochanych”.

Dobrze wiedzieć, prawda? Ale na Kaziuku były sprzedawane nie tylko wypieki. Także – zioła. Wileńszczyzna za sprawą swojej bogatej przyrody była przedwojennym centrum zielarstwa.

„Dobry interes robią różne babki z leczniczymi ziołami ‘na Kaziuku’, aczkolwiek ich właściwy targ odbywa się w Wilnie na św. Jerzego. Sprzedają skostniałymi od zimna palcami za ‘jedyne 10 groszy’ różne serdeczniki, żywokosty, trojanki, derewianki, ziółwalerianki, i stalniki… U doświadczonych nawet można ponoć nabyć w wielkim sekrecie zielę niezawodnego lubczyka”.

Dlaczego lubczyk miał wymagać aż takiego doświadczenia i sekretu? Nie wiem. To zwyczajne zioło, które bywa używane także w kuchni. Ma ciekawy, bogaty smak. Trochę rozjaśnia tę tajemniczość Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej: „W ostatnim przykładzie postać serca pewnej części rośliny sprawiła, że stała się miłośniczą, czasem sama nazwa dawała do tego powód. Rzymianie nazywali pewną lekarską roślinę levisticum, z tego miana zrobili Niemcy liebstoeckel a my z „lieb” urobiliśmy „lubczyk”, o którym już Syreński pisał, że pod jawnymi aspektami kopany ‘w małżeństwie rozterki i niezgody równa’. Na Rusi lubczyk wielkiego doznawał uznania i przeszedł jako miłośnicza roślina do pieśni ludowych. W ludowych też pieśniach, zwłaszcza na Ukrainie, jest mowa o trójzielu; nikt nie wie czem ono jest i gdzie rośnie, bo już nikt nie wie, że Syreński opisywał ten trzylistnik”.

A tak w ogóle warto wiedzieć, że lubczyk pochodzi z Persji. Najchętniej jest używany przez kuchnię niemiecką. Jego liście i korzenie przypominają w smaku przyprawowe kostki Maggi; niektórzy tak nazywają całą roślinę. Dodaje się jej listki m.in. do zup i sosów. Warto lubczykiem traktować tłuste mięsa. W ziołolecznictwie jest lekarstwem na niestrawność. Świeże liście lubczyku są smacznym dodatkiem do sałatek. Można nimi dekorować półmiski. Ale i suszony nie traci smaku. A może z tymi niesnaskami małżeńskimi to prawda? Kupmy i wypróbujmy.

 

Kaziuki pokazywano chętnie w przedwojennej prasie. Były malownicze, na zakończenie więc zdjęcie z ilustrowanego tygodnika „Światowid” z 1929. Pismo wychodziło w koncernie Mariana Dąbrowskiego, króla przedwojennej prasy, obok codziennego popularnego IKC-a, czyli „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s