Proust w zielonej herbacie

dnia

Kiedyś w większym towarzystwie ktoś zapytał, czy jest możliwe, aby sięgnąć po raz drugi po cykl Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”. Otóż to jest możliwe. Czytałam ten zestaw nawet kilka razy, począwszy od czasów licealnych. Ostatnio, kolejny raz, aby odszukać wątki kulinarne wśród długaśnych Proustowskich zdań, które niektórych odstręczają. A kulinariów jest w powieści nadspodziewanie wiele. Kiedyś nie zwracałam na nie uwagi, szukając Albertyny czy śledząc przygody barona de Charlus lub Roberta Saint-Loup albo toalety i buciki księżnej Guermantes. Do prześledzenia kuchni Prousta skłonił mnie wspaniały prezent, pięknie wydana książka: „Le cuisine selon Proust”. Janku, m.in. dzięki tej lekturze zamarzyły mi się francuskie wakacje! Oprócz opisu wszystkich „stron” począwszy od Combray, poprzez nadmorskie Balbec, na „stronie Guermates” zakończywszy – oczywiście pod względem kulinarnym – książka zawiera recepturę wymienionych przez Prousta potraw. I jest fantastycznie, stylowo zilustrowana. Tak więc nawet znając tylko francuski kuchenny, rozumie się prawie wszystko. Zwłaszcza gdy na świeżo ma się pamięci dzieło Prousta z pozaznaczanymi momentami doznań smakowych. A była to złota epoka kuchni francuskiej. Proust od niej nie stronił. Przeciwnie, ulotny smak potraw i uczt pozwala zachować czas w specjalny sposób, nie do odtworzenia przez inne zmysły. Nostalgia smaku jest doznaniem szczególnie dojmującym.

 

Nawet nie mając świadomości na temat tego, ile miejsca Proust przeznaczył na malowniczo i sugestywnie opisane produkty i potrawy, zna się jedną z nich: magdalenki. Już je kiedyś sporządziłam i w blogu opisywałam. Inspirując się nie tylko wspomnianą książką o Prouście, ale i przywiezionym jesienią ubiegłego roku z Francji pisemkiem kulinarnym. Zawiera ono kilka wariantów tych smacznych, o kształcie muszli, ciastek, których smak Proustowi przywracał doznania dzieciństwa. Jego bohater swoje magiczne ciasteczka popija naparem z kwiatu lipy. Mam coś bardziej pod nasz smak. Magdalenki herbaciane popijane zieloną herbatą, zaparzoną z ciekawymi dodatkami.

 

To wręcz piękna – smakowo, ale i estetycznie – propozycja na szare lutowe popołudnie. Odpręża, uspokaja, poprawia nastrój. Książka o kuchni Prousta, słownik, tomy „W poszukiwaniu…”, ciepłe światło lampy, kolejne filiżanki naparu herbacianego i magia magdalenek; czegóż chcieć więcej?!

Tym razem magdalenki przyrządziłam dokładnie wedle przepisu z pisma (no, może cukru wzięłam trochę mniej). Udały się znakomicie. A zaznaczam, że nie mam talentu do wypieków. Te ciasteczka upiecze dziecko.

Magdalenki z zieloną herbatą

4 jajka

18 dag cukru

28 dag mąki pszennej

15 g proszku do pieczenia

50 g miodu

22,5 dag masła

2 łyżki herbaty zielonej (de thé vert matcha)

Jajka ubić z cukrem do białości. Mąkę przesiać, domieszać razem z proszkiem do pieczenia i miodem. Utrzeć dobrze mikserem, zostawić na godzinę. Dodać stopione masło, ciepłe lecz nie gorące, i herbatę. Piec w piekarniku nagrzanym do 200 st. C przez 8 minut.

 

Oczywiście najlepiej, gdy się zaopatrzymy w specjalną foremkę. Gdy wracaliśmy z wakacji do domu, w hipermarkecie, gdzieś już w Alzacji, wypatrzyłam taką  silikonową i natychmiast ją włożyłam do wózka. Ku wielkiemu zdziwieniu (i radości) znalazłam w jej opisie tekst w języku polskim (obok francuskiego, niemieckiego i bodajże hiszpańskiego). Kolejne dowody na to, że jesteśmy w Europie jako pełnoprawni członkowie, nieodmiennie wprawiają mnie w dobry humor. Pamiętam bowiem czas podróżowania w charakterze ubogich krewnych, z symboliczną walizą pełną kabanosów, jak w Mrożkowej „Monizie Clavier”. Jeżeli jednak takiej foremki do magdalenek nie mamy, możemy upiec ciasteczka w foremkach do babeczek (można teraz znaleźć i papierowe, jednorazowe). Też je wypróbowałam.

Ponieważ tej japońskiej herbaty nie miałam, wzięłam moją ulubioną mieszankę zielonej herbaty z białą i z kwiatkami bławatka, a listki roztarłam w moździerzu, aby były drobne. Zgodnie z poradą podałam do magdalenek tę herbatę zaparzoną w specjalny sposób: z dodatkiem łyżeczki do kawy cynamonu, imbiru lub mieszaniny obu korzeni, 2 szczypty szafranu i 1–2 kropli olejku lawendowego. Dałam krople dwie (pomyślałam: a co będę żałować), ale jedna by wystarczyła. Tak czy siak, magdalenki z herbatą – godne polecenia.

Dodaj komentarz