Uprzedzam, kto szuka przepisów, dzisiaj tu się nie pożywi. Będzie przyczynek do kulinarnej historii Europy, a nawet świata.
Szczególną notkę zamieścił „Ilustrowany Kurier Codzienny” 20 listopada roku 1938. Związaną ściśle i z kulinariami, i z duchem epoki. Coraz bardziej ponurym. Zanim do niej sięgnę, opiszę pokrótce zawartość numeru tej popularnej przed wojną gazety, wydawanej w Krakowie przez koncern będący własnością jej redaktora naczelnego Mariana Dąbrowskiego, ówczesnego polskiego Hearsta.
Czołówkę gazety stanowi informacja o zawarciu traktatu i porozumieniu gospodarczym między Wielką Brytanią a USA. Ma ono określone konsekwencje polityczne dla świata coraz bardziej żyjącego w napięciu, tak za sprawą agresywnych politycznie Niemiec, jak i imperializmu Japonii, przy gorączce ogarniającej wszystkie kraje za sprawą bakcylów propagandy nazistowskiej. Autor dostrzega, że demokracja zwiera szyki, a sojusz Ameryki z Anglią i Francją może wpłynąć na losy świata. Nadzieja była, że te trzy „wielkie kraje” uratują świat od wojny. Wiemy, że nie uratowały, podpalacze już szykowali swoje miotacze ognia.
W środku – a gazeta miała 24 strony, było to jej wydanie niedzielne – znalazła się ilustrowana zdjęciem spora informacja o polskich Żydach wypędzonych przez Niemców, a koczujących w naprędce założonym obozie w Zbąszyniu. Ze współczuciem przedstawiła stan tych ludzi, których załadowano do wagonów, nie pozwalając zabrać dobytku, często bez powiadomienia najbliższych, niekiedy rozdzielając rodziny. Byli to Żydzi – obywatele polscy. Ta informacja była pierwszą, tak szeroką, o ich losie. Wywożono ich z różnych miast Niemiec pociągami, wysadzano przed granicą i bagnetami przeganiano na stronę polską. O czym gazeta nie pisze, niekiedy polscy pogranicznicy ich nie przepuszczali – nie wiedząc w ogóle, co się dzieje – i nieszczęśni koczowali na ziemi niczyjej między dwoma państwami. W końcu Polacy przyjęli wszystkich i ulokowali w Zbąszyniu, gdzie zajęli się nimi przede wszystkim przedstawiciele gmin i organizacji żydowskich, ale nie tylko. Państwo także trochę pomagało. W prasie zbierano pieniądze na uchodźców, wpłacali je na przykład prawie wszyscy literaci, oczywiście z wyjątkiem narodowców, niekiedy traktujących owych obywateli polskich ze zgrozą, jako że podnosili procenty Żydów w stosunku do Polaków, oczywiście Polaków etnicznych (cokolwiek to znaczyło), czyli prawdziwych.
To był okrutny czas. Europa, w tym Polska, stopniowo się oswajała dotąd nie występującymi okropnościami, a znacznie gorsze miały nadejść.
Na stronie drugiej i trzeciej znajduje się duży tekst o zaniku wolnego słowa. Cenzura prewencyjna nękała prasę polską coraz bardziej – przydałaby się historia tych interwencji prasowych z przykładami, które by wiele opowiedziały o duchu epoki, a może i o przyczynach, oczywiście nie jedynych, wrześniowej klęski Polski.
Mała notka na lżejszych stronach gazety jest z kolei zabawna. Pamiętacie film o poszukiwaniu przez Indianę Jonesa Arki Przymierza? Pokazani tam hitlerowcy, którzy za sprawą żydowskiej Arki chcieli łatwo i szybko zapanować nad światem, to wypisz-wymaluj wzmiankowani naukowcy niemieccy, to znaczy nazistowscy. Otóż informowano, że

Jak donosi „Daily Express”, niemiecki uczony dr Wilhelm Filchner, który ma za sobą kilka odkrywczych podróży do Turkestanu [tak wtedy pisano] i Chin oświadczył ostatnio, że przy pomocy finansowej Hitlera organizuje wyprawę do Tybetu. Dr Filchnerowei towarzyszyć będzie kilku uczonych niemieckich. Dobrze, że Indiana Jones czuwał i uratował świat przed tymi „uczonymi”, prawda?
Ale przejdźmy do tego, co nas tu interesuje. Do kulinariów. Przytaczam tekst z wiernie oddaną ortografią. Autor opisuje wydarzenia coraz bardziej dziwne i niezrozumiałe, dziejące się w Niemczech. Są charakterystyczne – co chyba my wiemy – dla ustroju chcącego panować nad wszystkimi obywatelami i nad wszystkim, także nad kartami potraw:

(mr) W prasie niemieckiej — między innemi i w oficjalnym „Völkischer Beobachter” ukazało sią ogłoszenie o najnowszym numerze organu S. S. „Das Schwarze Korps“. Tego rodzaju ogłoszenia reklamowe, pojawiają się co tydzień w prasie – mają na celu zwrócenie uwagi niemieckiej publiczności na „sensacyjność danego numeru”.
Tym razem ogłoszenie to przynosi „rewelację” zatytułowaną: „Feudalny dowcip”. Tym „feudalnym
dowcipem” jest karta potraw reprodukowana w całości w tekście omawianego ogłoszenia, która leżała przed każdem nakryciem w czasie wielkiego przyjęcia wydanego przez hrabiną Carltow [typowa literówka, nomen omen zwana błędem czeskim] w majątku leżącym niedaleko Dymina w Pomeranji pruskiej [chodzi w Demmin w Meklemburgii].
Na karcie czytamy nazwy potraw, które panom z SS wydają sią podejrzane. A więc: buljon z grzankami austrjackiemi – następnie rozbef z dyplomatyczną sałatką a la Chamberlain oraz na deser serowiec godesberski.
[…] O co właściwie idzie redakcji „Das Schwarze Korps”! Czy nazwanie nowego gatunku sałatki a la Chamberlain – czy też wymienienie kremu sudeckiego jest dowodem reakcyjności i feudalizmu? A może serowiec nie może mieć przydawki „godesberski” – a może wreszcie ta kombinacja na karcie: Sudetów – Godesbergu i Chamberlaina – jest dowodem reakcyjności?
Odrzuciwszy cały komizm tej afery – tak typowej dla mentalności germańskiej, której obcy jest wszelki humor – stwierdzić przecież należy, że aktualne, polityczne nazwy i terminy zawsze znajdują oddźwięk zarówno w modzie, jak i w sztuce kulinarnej. Czy przyszłoby komu na myśl w Anglji uważać za dowód reakcyjności nazwanie pewnego gatunku zrazów mianem Nelsona (stąd nawet nazwa specjalnych naczyń do przyrządzania tegoż specjału zw. „nelsonkami”. A przecież Nelson to zwycięzca z pod Trafalgaru.
W Niemczech jednak inaczej…

Historii miejscowości Cartlow i hrabiny Behr (jak widzimy z fotografii, bo autor notki nieco pomieszał to i owo) nie ma co przytaczać. Wyjaśnijmy nazwy dań z menu: wszystkie, z wyjątkiem win, są związane z bieżącą polityką hitlerowskiego państwa. Ale czy ją wyśmiewają i krytykują, czy, przeciwnie, są jej apologią? Trzeba by spytać hrabinę…
O co właściwie chodziło organowi prasowemu SS? W Bad Godesberg, który dał nazwę sernikowi, Hitler opublikował memorandum, będące podstawą do rozmów z Chamberlainem. Dostał w końcu Sudety. I, jak się łudzono, tym kosztem Chamberlain uratował świat. Może więc szło o to, że hrabina nazwała sałatkę nazwiskiem Chamberlaina, a nie Hitlera. Ale czy sałatka à la Hitler nie byłaby uznana za… świętokradztwo?
Podejrzewam, że chodziło o kompleksy SS-manów w stosunku do wyniosłej niemieckiej arystokracji, mającej zarazem międzynarodowe koneksje. Tego rodzaju kompleksy uwidaczniają się często poprzez brak poczucia humoru. I charakterystyczną podejrzliwość polegającą na szukaniu tego, kto się wyśmiewa, a kto idzie dalej i uprawia wręcz „mowę nienawiści”.
PS Cała karta dań przedstawia się następująco:
Bulion z bułkami z Ostmark; tak nazywano terytorium Austrii po Anschlussie. Podano do niego cherry, a raczej, zapewne, sherry, wino hiszpańskie, ale ulubione przez Anglików.
Karp na niebiesko (chyba) karlowarski; nie wiem, co oznacza „Cartlowar”, o ile dobrze odczytuję, ale kojarzy mi się z napisaną z angielska czeską nazwą Karlsbadu. Do tego wino portugalskie Matheus rocznik 1928.
Niestety, z powodu nieczytelnego druku nie jestem w stanie odczytać, co jest określone jako „sudeckie” (Sudeten-).
Sernik godesbergski z winem Bon Cepages z roku 1925 kończy polityczne menu.
O ile coś nie tak odczytałam, może ktoś uważniejszy naprostuje. Chętnie przyjmę pouczenia!