Oryginalny tytuł francuskiej komedii kulinarnej, którą obejrzałam, to: „Comme un chef”. Polska wersja tytułu – „Faceci od kuchni” – jest wieloznaczna. Traktuje tak o szefach kuchni, jak i o męskiej dominacji w ogóle, nie tylko przy gotowaniu.
A gotowanie jest pokazane bardzo po francusku. Komediowo, ale i na poważnie. Z pasją, kłótniami, dyskusjami. Film przedstawia bardzo francuski świat, który kręci się wokół gotowania i, oczywiście, jedzenia. Dyskretnie zaznacza jednak, że istnieje jakieś inne życie, pozakulinarne. Choćby świat wpływów rosyjskich w powieści francuskiej.
Szkoda, że postać filmowej partnerki Michaëla Youna jest odtworzona bardzo schematycznie i nie wiemy, czym ona się zajmuje. Utrzymuje bowiem swojego chłopaka, który jest szalonym, nieżyciowym i bezkompromisowym znawcą cuisine française. Usiłuje pracować jako kucharz, ale z powodu swojego nadzwyczajnego znawstwa kuchennych reguł oraz bezkompromisowości, w podrzędnych restauracjach, do których trafia, nie zagrzewa miejsca. Wyrzucany z kolejnych coraz obskurniejszych miejsc – na końcu trafia do jadłodajni, gdzie klienci czekają tylko na prostackiego kurczaka z frytkami. Zatrudnia się jako malarz budowlany. Szczęśliwie ma malować ościeżnice w budynku, gdzie jest pewna kuchnia… Dalej nie opisuję, aby nie zdradzać akcji filmu, dość zresztą wątłej. Ale jego poszczególne sceny są wyborne. Dialogi i niektóre sytuacje radośnie śmieszą. Szkoda, że tłumaczenie nie nadąża za oryginałem i nie przenosi wszystkich „smaczków”. Tak jest także w wypadku czołówki, gdzie w oryginale reżyser „smaży”, scenograf „dusi”, operator „sieka” itp. (Uwaga: nie zapamiętałam, co robią naprawdę, tylko markuję zamysł twórców). Na marginesie, czołówka przypomina te z lat 60. XX wieku.
Głównym facetem „od kuchni” i pokazanym „od kuchni” jest mój ulubiony aktor Jean Reno. Czy sprawdza się w komediowej roli? Ona go sama niesie, ale, moim zdaniem, nie jest zbytnio w nią zaangażowany. Niemniej, to zawsze klasa. Nawet wtedy, gdy reżyser każe mu szarżować. Choćby w japońskim stroju.
Reno gra mistrza kuchni, który zdobył wszystko. Jest celebrytą, którego kulinarne propozycje są przyjmowane łzami szczęścia i oklaskami, który rozdaje autografy, ma program telewizyjny, jest autorytetem. Tyle że nadgryza go „ząb czasu” i rutyna. Swoją trójgwiazdkową restaurację sprzedał, choć w kontrakcie ma zagwarantowane jej prowadzenie. No, chyba że straci gwiazdkę. Tak, tak to kolejna (oczywiście przypomina się :Skrzydełko czy nóżka” z Louisem de Funesem) komedia traktująca o kulinarnych gwiazdkach i srogich recenzentach.
Bardzo filmowe jest zderzenie dwóch kucharzy – starego, nieco już skostniałego, oraz młodego wariata, który do wiernie przestrzeganej tradycji wnosi szczyptę nowoczesności. Nie całkiem jasne, jaką w końcu kuchnię pokazuje ten młody, ale to nieistotne, w końcu do kina nie przychodzimy po instrukcje i przepisy! Bo w jakimś stopniu czerpie nawet z kuchni molekularnej, wyśmianej zdrowym śmiechem, w jej radykalnej, hiszpańskiej postaci.
Padają nazwy dań, można wyłowić ich skład. Najbardziej zwraca jednak uwagę pieczołowitość, z jaką podchodzi się do każdego produktu (ta marchewka, która śpiewa…), i świadomość, że są tacy, którzy nią żyją. Przy tym podoba mi się, jak dyskretnie zostało zaznaczone, że także ze „zwykłych” składników, ze sklepu za rogiem, można stworzyć kulinarne arcydzieło. A nie tylko z tych dobieranych w ekskluzywnych miejscach i na specjalne zamówienie. Za które, nawiasem mówiąc, słono się płaci, niekiedy bez potrzeby i bez sensu, tylko ze snobizmu.
Wyjdziemy z kina w dobrym nastroju. Młody mistrz wkroczy na drogę kariery. A stary wcale nie odejdzie na emeryturę. Po prostu wróci na drogę gotowania dla przyjemności, nie dla zaszczytów. W tle będzie miłość – i rodzicielska, i damsko-męska.
Film jest znakomitą wakacyjną rozrywką. Miłe chwile spędzi w kinie każdy, kto lubi się pośmiać i nie oczekuje zbyt wielkiej psychologii. No i kto jest amatorem gotowania. To danie polecam!