Wybieramy się na działkę, na grillowanie, w odwiedziny do znajomych, a może sami przyjmujemy gości? Upieczmy im chleb. To nic trudnego. Właśnie się o tym przekonałam. Ponieważ chcę zużyć zapasy mąki kukurydzianej – żółtej jak słońce, którego ostatnio brakuje! – zabrałam się za chleb kukurydziany.
Zaczerpnęłam wzory z Sieci, a szczegóły dodałam sama. Wyszedł chleb o intrygującym smaku, niebrzydkim wyglądzie, a co najważniejsze – ładnie wyrośnięty, o lekkim miąższu i zdecydowanie chrupkiej skórce. W jego sporządzeniu nie występują żadne trudności. Nie używam do wyrabiania chleba żadnej maszyny, nie piekę w automacie. Dwie ręce i piekarnik, foremka silikonowa – to wszystko. Składniki oczywiste. Drożdże trzymam w zamrażalniku i wyjmuję przed użyciem, aby się rozmroziły. Pewnie zamiast nich można użyć tych suszonych, z torebki.

Chleb kukurydziany
Na zaczyn:
12,5 dkg mąki pszennej,
125 ml wody, pół łyżeczki cukru, 1 g świeżych drożdży.
Na ciasto:
12,5 g mąki kukurydzianej, 200 ml wody, 25 dag mąki pszennej, łyżeczka soli, 1,5 łyżki
oleju, 9 g świeżych drożdży.
Na posypanie:
ziarna kopru włoskiego, mielona kolendra (albo czarnuszka, albo mak zwykły lub biały, albo gruba sól, albo – co chcemy)
Na noc przed pieczeniem mąkę z wodą i drożdżami zagniatamy na zaczyn. Zostawiamy w misce przykryty ściereczką.
Następnego dnia w sporej misce mieszamy pozostałe składniki, zagniatamy ręką na luźne ciasto; gdy się klei do dłoni, podsypujemy mąką. Dodajmy zaczyn, wyrabiamy ponownie.
Odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce. Ja rozgrzałam szklankę wody w mikrofalówce i tam wstawiłam ciasto włożone już do silikonowej keksówki. Ale można wstawić w misce (i tak chyba jest lepiej). Ciasto rośnie przez 1,5 godz. Raz warto je ugnieść, aby opadło. Inaczej może wymaszerować z foremki!
Wyrośnięte ciasto nacinamy 3-4 razy nożem. Ponieważ mi wyrosło poza foremkę, zebrałam jego nadmiar i ulepiłam z niego elementy ozdabiające wierzch (były to kulki, ale pewnie mogą być ciekawsze wzory). Wierzch ciasta wygładziłam ręką zanurzoną w zimnej wodzie, gdy był dość gładki, posypałam go mieloną kolendrą i ziarnami kopru włoskiego.
Piekarnik nagrzałam przez kilka minut na max. Chleb piekłam przez 5 minut w temperaturze 220 stopni, potem pół godziny w 200 stopniach, z nawiewem. Jak widać, to wystarczyło. Trzymam go zawinięty w czystą ściereczkę. Gdy jest świeży, wystarczy podać do niego masło. I miseczkę świeżo umytych rzodkiewek.