To słynne USA

dnia

W roku 1934 w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” znalazł się tekst o ówczesnych Stanach Zjednoczonych AP. Opisuje obyczaj, także kulinarny. Opis jest wiarygodny, bo podaje go ktoś, kto właśnie z Ameryki powrócił, a mieszkał tam kilka ładnych lat. To Wiktor Łabuński, mistrz fortepianu, bardzo ciekawa postać. Jak właściciel IKC-a Marian Dąbrowski namówił go do napisania poniższego felietonu? Pewnie się nie dowiemy, jak i tego, ile wyniosło honorarium za tekst. A może tym honorarium, lub dodatkiem do niego była reklama? W kilka dni po tekście ukazała się w „Kurierku” notka tej treści; przypominam, że nie poprawiam przedwojennej ortografii, jest tak ciekawa, jak sam tekst:

Po sześciu latach pobytu w Ameryce, powrócił Wiktor Łabuński do Polski. Ten świetny artysta i pedagog przez lat 9 mieszkał w Krakowie i rozwijał przez ten czas owocną działalność pedagogiczną w Konserwatorium Towarzystwa Muzycznego, gdzie uczył najwyższego kursu fortepjanu. Wielu z uczniów i uczennic jego są obecnie skończonymi artystami i pedagogami, występują z koncertami w kraju i zagranicą lub są profesorami rozmaitych uczelni muzycznych. Wśród najwybitniejszych uczni jego należy przedewszystkiem wymienić: Halinę Sembratównę, Karola Kleina, Marję Smyczyńską, Ludmiłę Berkwitz, Ludmiłą Metalman-Herbstową, Jana Hoffmana, Adama Riegiera, Danutę Artwińską, Stefanję Batko i wielu innych. Towarzystwu Muzycznemu w Krakowie udało sie pozyskać p. Łabuńskiego z powrotem na profesora gry fortepianowej w Konserwatorium. Lekcje będą się odbywać perjodycznie w ciągu roku szkolnego; p. Łabuński mieszkając stale w Warszawie, będzie do Krakowa dojeżdżał na lekcje.

Dopowiedzmy, że pianiście reklama chyba jednak nie pomogła. A może obyczaje rodaków go zniechęciły do pobytu? Bo chyba nie polska kuchnia była powodem wyjazdu z kraju! W Polsce spędził bowiem tylko rok, widocznie jednak nie znalazł zbyt wielu uczniów. Wrócił do USA i tam, w Kansas City, przebywał do śmierci w roku 1974, jako profesor, a potem emeryt i artysta-rezydent University of Missouri.

Jak widziano przed wojną kuchnię amerykańską i zwyczaje związane z jedzeniem, już tutaj kiedyś przytaczałam, na podstawie innej „starej gazety”. Ameryka była wtedy bardzo inna niż Europa. To był prawdziwie nowy świat, gdzie wykształciły się zwyczaje z jednej strony bardziej demokratyczne niż europejskie, z drugiej zaś – kompletnie egzotyczne. Ameryka fascynowała swoją bezpośredniością, tempem życia, szczególnymi gustami, także kulinarnymi. Europejczyków dziwiła niepomiernie. Poczytajmy:

 

Poznajesz gdzieś w towarzystwie bardzo miłych ludzi. Na pożegnanie powiedzą ci: „Come to see us” (proszę nas odwiedzić). Odpowiesz wedle uznanej formułki: „Thank you, I certainly will” (dziękuję, z całą pewnością odwiedzę). Na tem narazie koniec. Bo gdybyś bez zapowiedzi kiedyś rzeczywiście przyszedł, tak jak to się u nas nieraz robi – będą „robić okrągłe oczy”, mówić grzecznie, ale z wyraźnem zakłopotaniem – i wkońcu nie poczęstują cię nawet szklanką wody.

Bo amerykańska pani nie lubi rzeczy niespodziewanych, zgóry nieuplanowanych. Tak, cały dzień jej jest zgóry ułożony, że nie ma miejsca na wizyty nie zapowiedziane. Bo proszę sobie pomyśleć: W czwartki, powiedzmy chodzi zawsze o tej samej porze do fryzjera. W środy wieczorem idzie do kina z mężem. W poniedziałki popołudniu oraz piątki wieczór ma zebrania bridżowe w klubie. I tak dalej, i tak dalej. Więc tylko możesz pójść, gdy cię zaproszą – i to zaproszą z bardzo dokładnie wytkniętym programem. Np. na obiad i potem bridż. Lub: na pływanie do klubu i podwieczorek. Lub: do kina a potem na lody. Byłoby zaś grubym nietaktem próbować zmienić ten program chociażby odrobinę. Np. zjeść obiad, a potem spędzić cały wieczór. Na dalszą część wieczoru ma pani już kogo innego lub co innego. Masz zjeść, wypić kawę, pożegnać się i  – wynieść się.

Dla mnie osobiście niema większej męczarni, jak zaproszenie na pierwsze śniadanie. Bo proszę sobie pomyśleć. Człowiek, zamiast wypić sobie kawkę w szlafroczku z gazetką, musi wstać o świcie, ubrać się i ogolić naczczo, pędzić 5 czy 10 kilometrów do domu pani lub do klubu pana – i w chwili, gdy mu kiszki skręca od głodu, robić grzeczne uwagi, uśmiechać się, czekać na spóźniających się i udawać, że to jest bardzo przyjemne.

Prywatne zaproszenie na pierwsze śniadanie jest rzeczą wyjątkową. Chyba że jesteś w mieście nie bardzo krótko i nie masz innych wolnych godzin. Albo kiedy pani jest tak zajęta, że może ciebie mieć tylko od 8 do 9 rano tego właśnie dnia. – Częściej wspólne śniadania urządzają kluby, zjazdy różnego rodzaju, oraz tradycyjnie Izba handlowa dla nowych businessmanów, którzy w danem mieście się mają osiedlić.

Ale nie myślcie, że pierwsze śniadanie to poprostu kawka z bułeczka. Nie. To cały rytuał, całe długie posiedzenie i mnóstwo różnych rzeczy do jedzenia. A więc na sam początek stawiają przed nosem szklankę wody z lodem, bez której się nie obejdzie żadne śniadanie, żaden obiad ani kolacja. Od tego się zaczyna i na tem się kończy. Woda z lodem panuje przez cały czas. Potem owoce, lub sok owocowy. A więc: grape-fruit lub pomarańcza, lub sok pomarańczowy. Albo jeszcze melon. Wszystko –wprost z lodu. Potem jedna lub dwie potrawy: kaszka herkules, manna lub inna, z zimną śmietanką (doskonała wszędzie w Ameryce), lub tak zwane suche kaszki – corn-flake, rice-flake, które również się jada ze śmietanką. Inna potrawa: jajka w różnej formie ze smażonym boczkiem lub szynką. Inne ulubione potrawy śniadaniowe: wafle, przyrządzane tuż przy stole przez panią domu na elektrycznej maszynce. Do tych wafli podaje się słodki sok kukurydziany lub konfiturę oraz smażone kiełbaski wieprzowe. Dotąd nie nauczyłem się kombinować słodkiej konfitury z kiełbaskami. Ale Amerykanie lubią i jedzą. Jako specjał na śniadanie się daje móżdżek duszony, czasem rybę gotowaną lub smażoną.

Potem przychodzi to, co dla mnie jest centrum i głównym sensem śniadania (a dla Amerykanów jest tylko dodatkiem) – kawa. Podawana jest również z cudowną śmietanką. Muszę się przyznać, że od chwili opuszczenia Ameryki nie mógł mi jeszcze nikt dogodzić kawą. Kawa jest tania (około 3.50 do 4 i 5 zł za kilo), w doskonałym gatunku. Ameryka nie zna cykorji ani żadnej domieszki do kawy. W rezultacie, w najmniejszej dziurze można dostać kawę za 5 centów amer. za filiżankę (ze śmietanką). Mało tego, w restauracjach i barach liczą tylko za jedną filiżankę kawy, jeżeli się przytem coś zje, drugą dostaje się zadarmo. Do kawy podawane są grzanki (toast) lub gorące pieczywo, masło, konfitura, miód.

Wobec tak obfitego pierwszego śniadania, drugie śniadanie t. zw. „lunch” (między 12 a 1 popoł.) jest ot, tak sobie, przegryzką. Sandwicz z szynką, serem lub ozorem, filiżanka kawy, czasem lody (nawet w zimie) albo legumina. Sandwicze bywają bardzo wymyślne, niezmiennie przekładane plasterkami pomidora, ogórka, sałaty, z majonezem, na toaście. Ludzie pracujący zjadają swoje drugie śniadanie zwykle w specjalnych t. zw. „Sandwich-shop” lub poprostu w aptece. Aptece amerykańskiej należy się specjalna monografja. Powiem narazie tylko, że apteka prócz lekarstw – wydaje śniadania, sprzedaje książki, tytoń, papier i koperty, cukierki, perfumerię – słowem: prawie wszystko, czego dusza zapragnie. Wobec tego, że mężowie nadobnych pań spędzają cały dzień w centrum miasta, gdzie są ich biura, panie mają „lunch” same. Zapraszają swoje przyjaciółki, gadają dużo, jedzą mało i z wypiciem ostatniego łyku kawy rozpraszają się na wszystkie strony. Pan zaś zaprasza przyjaciela na „lunch” do apteki lub do swego męskiego Klubu. Jedzą dużo, gadają mało i również pierzchają po skończonej sjeście.

Podwieczorek właściwie nie istnieje z powodu wczesnego obiadu (6 lub 6.30). Cała uwaga się koncentruje na obiedzie. Przypuśćmy, że jesteśmy zaproszeni, na bardzo paradny obiad na 12 lub więcej osób. Zjawiamy się o oznaczonej godzinie.  Mężczyzna w smokingu, kobieta w wieczorowej sukni bez rękawów i z trenem. Wszyscy siedzą w salonie, zwykle mężowie przy swoich żonach., lub mężczyźni w jednym końcu salonu, panie w innym. Rozmowa idzie przeważnie o pogodzie; ludzie komplementują się nawzajem co do wyglądu, sukni, lub gratulują sobie sukcesów na polu golfa, tennisa, businessu. Kilku murzynów z calem poczuciem powagi chwili roznosi koktajle i przekąski.

Ciekawe jest pochodzenie nazwy koktajlu. W języku angielskim „Cock-tail hour”, czyli: „godzina koguciego ogona” – oznacza to, co u nas się zowie „szara, godzinka”, a co Francuzi mianują: „entre le chien et le loup”. Właśnie o tej szarej godzince podawane są koktajle – i stąd ta nazwa.

Przyrządzenie koktajlu – to cała nauka. Zasadniczo jest to mieszanka wódki (whisky lub ginu) z winem lub sokiem owocowym. Ale kombinacje są przeróżne i każda ma swoją nazwę, jak to: Manhattan, Martini, Orange Blossom (kwiat pomarańczowy), Palm Beach, Bronx itd. Bardzo to smaczne i bardzo zdradliwe. Wydaje się, ze to nic, lemonjadka, ale po małym kieliszku już się to czuje. A cóż dopiero po kilku. Czasem zamiast koktajlu podaje się „High-ball”. czyli poprostu whisky z wodą sodową. Na Południu jest bardzo rozpowszechniony „Mint-Julep”, specjalnie spreparowane whisky z liśćmi mięty i lodem tak, że szklanka jest obrośnięta szronem nazewnątrz. Do tych rzeczy są podawane bardzo wymyślne przekąseczki: krewetki gotowane; wątróbki kurczęcia, zawinięte w plasterek bekonu, jak w kołderkę; kawałeczek parówki w cieście francuskiem. Wszystkich wymienić niepodobna. Każda pani szczyci się jakąś nową kombinacją, nowym smakiem, nowym wyglądem.

Po wypiciu i zjedzeniu tego, idziemy do jadalni. U nas w Polsce niema się pojęcia o bogactwie zastawy, jakie istnieje w Ameryce, nietylko u miljonerów, ale u ludzi poprostu zamożnych. Takie srebra, takie kryształy, taką wspaniałą porcelanę widzi się u nas chyba tylko w domach, które na palcach policzyć. Jedni przed drugimi szczycą się swą zastawą, mniej w końcu zwracając uwagi na smak tego, co na tych wspaniałościach jest podawane.

Przy obiedzie jest ceremonjał bardzo ściśle przestrzegany. Przedewszystkiem tempo obiadu: czem powolniej i z czem większą godnością służba się porusza, tem bardziej jest to uważane za odznaką dobrego tonu. Służący (nawet gdy jest ich kilku, mało to przyśpiesza tempa) nie może nieść w ręku więcej, jak jeden talerz lub jeden widelec. A wobec tego, że talerze są zmieniane co chwila, nietylko te, na których się je, ale i te, które się podkłada pod talerz z jedzeniem(wspaniałe!), można sobie wyobrazić, jak to długo trwa.

Np. roznoszą mięso; gdy wszystkim już to mięso stygnie, powolutku roznoszą jarzyny. Gdy już wszyscy mają wszystko na talerzu, pani domu rozpoczyna jedzenie i wtedy dopiero goście mogą również rozpocząć jedzenie zupełnie wystygniętej potrawy. A że w czasie jedzenia dużo gadają, i że uważane jest w dobrym tonie jeść bardzo powoli – spożycie każdego dania trwa wieki.

Zupa nie ma w Ameryce tego znaczenia co u nas; daje się jej mało; chleba do zupy się nie dostaje, tylko „krackery” (słone alberty). Niektóre zupy, jak np. grzybowa z pieczarek, podawana jest z bitą śmietanką. Bardzo dobra jest zupa ostrygowa na mleku oraz „Gumbo a la Creole”, zupa jarzynowa z kurą i krewetkami, ale bardzo pieprzna.

Do mięsa (Amerykanie daleko mniej jadają mięsa, niż my) podaje się dwie-trzy jarzyny, w tem bardzo często kukurydzę w różnej formie i słodkie kartofle – jarzyna z wyglądu przypominająca kartofel, ale o barwie pomarańczowo-żółtej i słodka w smaku. Naogół wszystko jest trochę przepieprzone i przesolone, ale smakowite.

Między potrawami je się trochę surowizny: łodygi selera młodego z solą, rzodkiewkę, wąskie paseczki marchwi lub kalarepki, malutkie krzaczki kalafiora (spróbujcie z solą – bardzo smaczne i zdrowe). Woda z lodem nie schodzi ze stołu, wciąż jest dolewana.

Co do wina, to Amerykanie nie znają się na niem i mało go piją. Robią gaffy, np. podając z trudem i za wielkie pieniądze zdobytego od bootlegera burgunda zamrożonego i z kawałeczkiem lodu w kieliszku!

Potem idzie sałatka, często owocowa, ale, o zgrozo! z majonezem lub oliwą i octem. Kombinacja np. ananasa z majonezem jest dla mnie dotąd potworna, jak również grape-fruitu z oliwą.

Na leguminę są prawie niezmiennie lody, latem i zimą. Potem kawa, papieros lub cygaro w saloniku – i już trzeba się żegnać i iść.

W niedzielę, że to mąż jest w domu, a służba popołudniu się wynosi – obiad jest wczesny, koło 1 lub 2-giej. Wieczorem zaś jest kolacja nawpół zimna, a la fourchette, zwana w Ameryce „buffet-supper”. Służby niema, więc każdy sam sobie bierze talerz, na który gospodarz nakłada kawał zimnej pieczeni, spaghetti (po Włoszech najlepiej przyprawiają spaghetti w Ameryce), kompot z jabłek, sałatkę z pomidorów, kartofelki. Wszystko się miesza, sok z kompotu, płynie do spaghetti i nawzajem. Ale mniejsza o to, nastrój jest wesoły, mniej sztywny jak na obiedzie w dzień powszedni, każdy sam sobie usługuje, idzie po wodę do kuchni, omal że nie zmywa naczynia.

Czasem się otrzyma zaproszenie na dancing. Idzie się bandą 10–12 osób, mniejwięcej w jednym wieku. Młodzi w swojej kompanji; 35–40 letni w swojej, starsi w swojej. Każdy mężczyzna ma flachę wódki w tylnej kieszeni (mówię o czasach prohibicyjnych lub o stanach jeszcze dotąd suchych), raczy tą wódką swoją damę. Po chwili wszyscy są pijani, ledwie się na nogach trzymają. Jest ciasno, gorąco, tańczyć prawie się nie da; co chwila ktoś komuś na nogę nadepce, albo popchnie łokciem w plecy. Ale jednak przyzwyczajenie do grzeczności jest silne, bardzo mile siebie nawzajem przepraszają i do siebie się uśmiechają. Nie widziałem, żeby w stanie nawet zupełnego prawie omroczenia alkoholowego ludzie siebie nawzajem zwymyślali, albo – nie daj Boże – wybili. Najwyżej gościa, który już jest niemożliwy, wyprowadzają jego towarzysze zabawy. Po ukończeniu takiej hucznej zabawy następują zwykłe podziękowania, wyrazy radości, że się czas razem tak przyjemnie spędziło – i niezmienne „come to see us”…

Kilka numerów dalej jest większy tekst o muzyku, który jest tam scharakteryzowany tak:

…któż w Krakowie nie zna Wiktora Łabuńskiego, pianisty, który przez wiele lat czarował nas swemi pięknemi koncertami; Łabuńskiego-pedagoga, który wychował całą generację t. zw. „Łabuńczyków”, pianistów i pianistek, dziś zajmujących wybitne stanowiska w świecie muzycznym; wreszcie Łabuńskiego-dziennikarza, którego feljetony amerykańskie znane są naszym czytelnikom i wywołują zawsze ogromne zainteresowanie.

Ułatwił nam sytuację sam p. Łabuński, zjawiając się któregoś pięknego poranka w „Pałacu Prasy”: – Włóczę się po kochanym Krakowie dzień i noc, wchłaniam piękno jego murów i atmosferę, która nie ma równej sobie – mówi p. Łabuński szeroko uśmiechając się.

– Dotąd nie jestem pewny, czy ja śnię, że jestem z powrotem w Krakowie, czy śniłem, że byłem w Ameryce przez tyle lat.

P. Łabuński wcale się nie zmienił. Jest młody, napozór spokojny, ale wyczuwa się w nim pełnię życia i energji. Tylko jeden nowy nabytek: zapuścił sobie baczki. Gdyby nie był blondynem o niebieskich oczach, możnaby go wziąć za Meksykańczyka lub Brazylijczyka.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s