Holandia na przedwojennym talerzu

dnia

Korespondentem zagranicznym współpracującym z krakowskim „Ilustrowanym Kurierem Codziennym”, czyli IKaCem, był Emil Flaumenhaft. Wśród różnych artykułów jego autorstwa, także politycznych, znajduje się interesujący opis przedwojennego holenderskiego codziennego dnia, ukazanego od strony kuchni, a raczej stołu. Nie znalazłam wiele o autorze wiadomości. Ale znane są jego daty życia i okoliczności śmierci: ur. 31 maja 1894, zabity w październiku 1942  w Treblince. Wiadomo, że najpierw wysłano go do obozu w Terezinie z Ostrawy (tam mieszkał z rodziną, wszyscy zginęli), a stamtąd do komory gazowej w Treblince. Odnalazłam także zdjęcie, na którym w roku 1929 po jednej z konferencji w Hadze dotyczącej reparacji wojennych, udziela mu wywiadu ówczesny minister spraw zagranicznych August Zaleski, powojenny prezydent RP na uchodźstwie (zm. w 1972). Min. Zaleski w środku, Flaumenhaft z prawej.

Korespondencja, którą przytoczę, pochodzi z IX roku 1930. Opis ówczesnej Holandii wygląda na rzetelny. Widać, że autor znał język i bacznie obserwował obyczaje. Czy bardzo przedwojenna Holandia się różni od dzisiejszej? Muszę wypytać przy okazji naszych rodzinnych „Holendrów”.

Zgodnie z moim obyczajem, pozostawiam oryginalną ortografię i tym razem także nie zmieniam wyróżnień w tekście, co dotyczy fantazyjnie zastosowanej kursywy. Przedwojenne obyczaje prasowe w tym względzie były co najmniej nieuporządkowane. W jednym z felietonów bardzo obśmiewał je Antoni Słonimski.

 

„W Holandji nie znają przysłowia o rannem wstawaniu, to też [tak pisano!] o 7-mej godzinie wszystko jeszcze otulone w koce, bo uczciwych pierzyn z puchu także nie znają. Ale budzika tutaj nie trzeba, bo z najgłębszego nawet snu wyrwie cię krzyk ulicznego przekupnia śledzi, który codziennie kilka minut po 7-mej przejeżdża na rowerze przed mojemi oknami i zachwalając swój towar drze się w niebogłosy: „Hollandsche nieuwe” (czyt.: holandse niłe). Cały rok ma „nowe“ holenderskie śledzie, chociaż w morzu o śledziach ani słychu. Dzień zaczyna się więc od tego, że mój sąsiad, typowy Holender, otwiera z trzaskiem okno i zamawia na śniadanie cztery sztuki: dwie dla siebie i po jednej dla żony i 5-letniego synka. Ale ten śledź naczczo jest tylko przekąską dla nabrania lepszego apetytu. Właściwe śniadanie holenderskie jest całą symfonją, o jakiej się nawet nie śniło Polakowi wychowanemu na dwu bułeczkach ze szklanką kawy. Zaczyna się sucharkiem, poczem ma się wybór białego chleba na wodzie i na mleku i to w różnych formach i smakach. Następną kromkę bierze się chleba ciemnego, który także podają w różnych odcieniach: razowy pszeniczny, razowy żytni, ciężki, lepki i słodki, razowy półjęczmienny – kruchy, a może jest jeszcze jaki, o którym nie wiem. Tylko zwykłego polskiego chleba na kwasku i z kminkiem nie znają. To, co czasem można dostać pod nazwą chleba niemieckiego, jest tylko podłą namiastką. Do każdego śniadania należy także „ontbijtkoek”, co dosłownie przetłumaczone znaczy kołacz śniadaniowy, a jest rodzajem miodowego piernika, do wyboru: czysty, z imbirem lub z cykatą. Na zakończenie serji chleba przychodzi wreszcie babka, gęsto nadziana rodzynkami.

Ten wspaniały wybór chleba ma jednak jedną wielką wadę: jest nieświeży. Czeladnicy piekarscy są za leniwi, by wstawać wczas rano do roboty, więc socjaliści przeprowadzili w parlamencie ustawę, że przed 10-tą rano nie wolno sprzedawać świeżego chleba. Tak więc dla błogiego snu panów „towarzyszy” cała Holandja łamie sobie codziennie zęby na suchym chlebie. Suchym, ale nie w naszem znaczeniu, bo chleba nieposmarowanego masłem żaden Holender by nie jadł za nic w świecie, chociażby to była babka z rodzynkami. Lecz chleb ze samem masłem jeszcze nie smakuje. Każda kromka musi być prócz tego jeszcze okraszona albo jakąś marmeladą owocową, albo tłustym serem holenderskim, znowu w różnych formach i smakach. Tylko o naszym polskim białym twarogu tutaj nic nie chcą wiedzieć. Do śniadania należy jeszcze szynka i wędzone mięso i nieodzowne jajko na miękko. Zakrapia się to wszystko dwoma filiżankami ciemnej, gęstej jak esencja, herbaty, zabielonej dwoma (dosłownie dwoma) kropelkami mleka. Smakosze połykają jeszcze przed wstaniem od stołu kostkę imbiru smażonego w cukrze, który tu podają w pięknych zielonych urnach glinianych.

Po takiem śniadaniu Holender je „stosunkowo“ mało aż do 6-tej wieczór. Naszego obiadu nie uznają. — W południe mówią, że idą „koffie drinken“ napić się kawy. Z tą kawą zaczynają już o 11-tej. Gdy o tej porze przyjdziesz do holenderskiego domu, stawiają przed tobą, bez pytania czy masz ochotę, filiżankę kawy z ciasteczkiem. A kawa ta jest wspaniała. Zawsze świeżo parzona i oczywiście czysta, bez cykorji, bo tego tutaj nawet w żadnym sklepie nie dostanie. Kawę pije się więc od 11 do 12. W Hadze, gdzie połowa mieszkańców żyje w błogiej bezczynności, zapełniają się kawiarnie i bulwarowe terasy.

O 12-tej idzie każdy, kto ma czas, do domu. Tutaj powtarza się serja śniadaniowa, tylko jeszcze rozszerzona jakimś wędzonym łososiem lub marynowanym węgorzem albo świeżo upieczoną rybką morską. Jajo nie jest tym razem na miękko ale upieczone ze szynką lub rostbifem, co, nie wiem dlaczego, nazywają śmiesznie „uitsmeter” wyrzucacz. Zamiast porannej herbaty pije się teraz jeszcze jedną filiżankę kawy i duży puhar mleka. Na deser zimą i latem owoce.

Na zjedzenie tego drugiego śniadania z rodziną nie ma przeciętny Holender właściwie czasu. Większość przedsiębiorstw pracuje bez przerwy obiadowej, więc urzędnicy zjadają dorywczo przy biurku kanapki przyniesione z domu i piją mleko, które przedsiębiorstwo daje darmo. Za to między 3-cią a 4-tą dostaje także ten urzędnik w biurze filiżankę herbaty, bez której żaden Holender by popołudnia nie przeżył. Niema domu gdzieby o tej porze nie było herbaty. Jeszcze się dobrze nie przestąpiło progu, a herbata już stoi na stole. Zresztą także w innych porach dnia ma holenderska gospodyni herbatę w ciągu 5-ciu minut. Na małym płomyku gazowym stoi wrząca woda cały dzień gotowa.

O 5-tej zamykają wszystkie biura, więc jest czas by do 6-tej iść na „borrel“ kieliszek. Nie darmo Holandja słynie ze swych Bolsów i Hulstkampów. We wymienianie wszystkich mniej lub więcej rafinowanych warjacyj tych „borrelów“ wolę się nie zapuszczać. Dość na tem, że spełniają swe zadanie zaostrzenia apetytu pana Holendra na przyjęcie głównej uczty dnia, do której zasiada o godzinie szóstej.

Oczywiście, że ten obiad posiada bez porównania więcej urozmaicenia niż śniadania, już chociażby ze względu na porę roku, no i przedewszystkiem ze względu na kieszeń. O smaku potraw także trudno coś powiedzieć, bo przecież nie to jest dobre co jest dobre, ale to co komu smakuje, a właściwie to, do czego ktoś jest przyzwyczajony.

Najbardziej właściwem wydaje mi się wziąć za przykład obiad w dzień powszedni w średniozamożnej rodzinie mieszczańskiej. Zaczyna się przekąską, którą tu szumnie nazywają z francuska hors d‘oeuvre. Zwykle składa się ta potrawa z paru listków sałaty, połowy jajka na twardo, pół śledzia, sardynki i majonezu. Powyższe danie wygląda na talerzu dość skromnie, ale zdarzało mi się na większych biesiadach hors d‘oeuvre z 36-ciu składników! Jeżeli się z każdego tylko liźnie, to normalny żołądek już jest prawie pełny. Potem zupa, na wiosnę ogólnie szparagowa, aż do obrzydzenia. Jeżeli rosół, to wrzucają do niego kulki siekanego mięsa, „balletjes“. We wielu jednak rodzinach tej klasy nie jadają wcale zupy w dnie powszednie poprostu dlatego, że gospodyni nie chce się jej przyrządzać.

Punktem kulminacyjnym obiadu jest mięso. Prawdziwy Holender uznaje tylko jeden rodzaj mięsa, a mianowicie bifsztyk. Bifsztyk jedzą też w holenderskim domu najmniej 5 razy w tygodniu. Bez bifsztyka z kartoflami Holender nie czuje się szczęśliwy. Kartofle są zawsze nieodzownym, dodatkiem, a jako drugi konieczny dodatek przychodzi jakaś jarzyna, zależnie od pory roku. W tej dziedzinie już nie brak wyboru. Jedzą tutaj trawy, którychby się u nas nawet żadna szanująca swój honor krowa nie chciała tknąć. Przypominam sobie, że przed kilku laty w czasie mej podróży do Ameryki na holenderskim okręcie polscy emigranci po „andijvie” pół dnia spluwali. Bo też większość jarzyn podają tutaj na gorzko, bez żadnych przypraw, ot tylko rozparzone we wodzie i jedz to człeku.

Czysto narodowej holenderskiej potrawy, tak jak u nas powiedzmy barszcz, niema. Są jednak pewne dziwne rzeczy. Co powiecie państwo np. o takim smakołyku jak papka z mąki gotowanej w maślance z cukrem? Palce tylko po tem lizać, co? Brrrr…

Cokolwiek jednak Holender je i jakby to było przyrządzone, jeżeli mu smakuje, to musi tego być dużo – bardzo dużo. Kto tego nie widział na własne oczy, nie uwierzy ile tutaj potrafią sporzyć [tak w oryginale!]. Zadziwia to każdego obcokrajowca. Dopiero przed kilku dniami słyszałem z ust
znanej naszym czytelnikom feljetonistki, p. Rity Rey, że format holenderskich porcyj wprost ją przeraził. W pierwszorzędnej restauracji w Hadze dostaje się za 5 guldenów (ok. 18 złotych) obiad, którego żaden normalny Europejczyk, nawet w kilkugodzinnem posiedzeniu, nie potrafi spałaszować.

Dlaczego ten Holender taki głodny? Mówią, że to klimat tak działa. On sam zaś twierdzi chętnie, że to z ciężkiej pracy. Mówi też otwarcie, że pracuje „voor z‘n boterham” – dla chleba, ale z masłem i szynką. Z tej racji je też aż do upadłego. Oczywiście tylko mężczyzna, bo Holenderki już dawno zmądrzały i pamiętając o swej smukłej linji żywią się tylko cytrynami. To też opinję, że każda Holenderka jest gruba i niekształtna, trzeba koniecznie już zaliczyć do mitycznych bajek.

Po obiedzie, który przeciąga się zwykle do pół do ósmej, czeka Holendra zaraz filiżanka herbaty. Jest to pierwsza tego wieczora, ale z pewnością nie ostatnia. Teraz jest też znowu czas na ,,borrel“ dla lepszego strawienia. Tych kieliszków jest często cała kolejka, a panie nie odmawiają udziału i potrafią pić z mężczyznami w zawody.

Wieczór spędza się według upodobania, ale gdy Holender wraca z teatru lub kina czeka go na ulicy aż do późna po północy scheveningski rybak z „Hollandsche nieuwe“.

Tak to spędzamy w Holandji cały dzień od śledzia do śledzia.”

Kawa po polsku była przed wojna zwykle parzona z cykorią, dzisiaj praktyka dodawania jej zanikła. Osiągnęliśmy poziom Holendrów! Także endywię, czyli białą cykorię, jemy dzisiaj na surowo bez obrzydzenia. Świat się jednak zmienia.

Dodaj komentarz