Durian: kto wie, o czym mówię, wie wszystko. To owoc azjatycki, którego na pewno nie zapomną ci, którzy o niego się chociaż otrą. Zawsze byłam ciekawa, jak bym go przyjęła. Nie zwiedzałam tej części świata (Wietnam, Tajlandia, Indonezja, czyli Azja Południowo-Wschodnia), świeży durian widziałam tylko w filmach kulinarnych, no i sporo o nim czytałam. Teraz dotarł do mnie: wprawdzie w postaci przetworzonej (na zdjęciu), ale mogłam powąchać, spróbować, ocenić. O tym później.

Jest tych durianów ze 30 odmian. Pochodzą, wedle niektórych, z Malajów. Kolczasta skóra tego wielkiego owocu (podobno jej zapach jest najbardziej intensywny) dała mu właśnie nazwę: duri oznacza cierń. Duriany są pożywne: zawierają witaminę C, przyswajalne dobrze węglowodany, nawet tłuszcz uważany za zdrowy. Amatorzy tego owocu podkreślają wykwintny śmietankowy smak jego miąższu. Konsystencja owocu podobno przypomina banany lub kremowy twarożek. Je się go łyżeczką, najczęściej na surowo.
Ale jednak przeciwników tego owocu jest więcej niż zwolenników. Wydziela bowiem porażający, intensywny zapach, kojarzony wręcz z padliną. Dlatego w niektórych hotelach, komunikacji i miejscach publicznych posiadanie tego owocu jest zakazane.
Do mnie dotarł durian w postaci zmielonej i uformowanej w rodzaj batonu (90 procent miąższu, reszta to cukier). Nie pachnie mocno. Smak ma właściwie byle jaki. Nie dopatruję się w nim ani kremowej śmietanki, ani migdałów, ani wiśni (o takich odczuciach smakowych czytałam), raczej coś z przejrzałych owoców i… mięsa (lekko zepsutego?).
Na spotkanie ze świeżym durianem wciąż czekam. Andrew Zimmern, znany z podróży kulinarnych i próbowania najbardziej egzotycznych potraw, krzywił się po spróbowaniu owocu. Zaczynam mu wierzyć. Niektóre smaki dla nie-tubylców są chyba niedostępne. Pozostaje się z tym pogodzić.