Gdy groziła wojna… Historia

Dzisiaj temat zatrącający o kulinaria w szczególnym wymiarze. Kto szuka tylko przepisów kulinarnych, niech nie czyta. Będzie dużo o historii i troszkę kuchni przedwojennej, ale właściwie już wojennej. Może wpis się przyda młodzieży szkolnej?

Moi rodzice przeżyli wojnę i przygotowania do niej. Dlatego powtarzali, że największym dobrodziejstwem jest pokój. A mnie interesowało: jak się żyło wojny oczekując, czy i komu było wiadomo, że wybuchnie. Bo tego, że będzie tak okrutna, nie przewidział nikt.

Zamieszczam dwa teksty z „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” o szczególnym okresie w dziejach Europy. Pokój osiągnięty kosztem jednego z narodów, jak się okazało, nie był trwały. Był zgniły. Uległość rozzuchwaliła agresora. Cynicznie poświęcono jedno państwo, pokazując, jak papierowe są zobowiązania i sojusze. Szło o odwleczenie wybuchu tego konfliktu, bo że wybuchnie, politycy raczej wiedzieli. A ludzie?

Czas: jesień 1938 roku. Po spotkaniu w Monachium wszyscy ludzie, z całej Europy, odetchnęli. Z wyjątkiem zrozpaczonych Czechów. Pozostałym wydawało się, że ratują tę najcenniejszą wartość: pokój.

A do wybuchu wojny wtedy brakowało jednej iskry. Świadomość tego była większa niż miała być już za rok. Anglicy, Francuzi, ale i Polacy myśleli, jak zorganizować życie codzienne podczas wybuchu konfliktu. Był strach, ale zarazem próby zorganizowania się: zbierania zapasów na poziomie państwa i każdej rodziny, przygotowań do reglamentacji produktów, zracjonalizowania zaopatrzenia.

Ulga jesienią roku 1938 była ogromna. Europejczycy wstrzymali oddech, a potem powoli wypuszczali powietrze. Można było jeszcze odwlec przygotowania do wojny, jeszcze trochę pożyć beztrosko. Cieszyć się z owoców ustępującego kryzysu (czy to coś nam przypomina?), nie zastanawiać się nad wojenną aprowizacją i kuchnią, tańczyć modny wówczas taniec lambeth walk, którego elementem było grożenie sobie paluszkami. Jakże adekwatne do rzeczywistości.

Autorka pierwszego tekstu Helena Kutrzebianka, córka znanego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ten czas spędziła w Londynie. Jej ojciec już za rok miał być aresztowany przez Niemców razem z innymi profesorami krakowskimi i zesłany do obozu koncentracyjnego. Helena, obiecująca historyczka, miała umrzeć w roku 1942. Stanisław Kutrzeba, w wyniku ciężkiej choroby i strasznych przeżyć w roku 1946. Nikt tego nie mógł przewidzieć w roku 1938.

Powściągliwi Anglicy szykowali się do wojny metodycznie. Potem miało przyjść racjonowanie produktów, przygotowywanie jadłospisów wojennych i przepisów na potrawy jakże inne od tych spożywanych podczas pokoju. Teraz to była przygrywka. Tekst podaję, jak zwykle, z zachowaniem przedwojennej ortografii i interpunkcji, ze skrótami.

 

Wśród bardzo wielu korespondencyj otrzymanych przez naszą redakcję, a odzwierciedlających polityczne nastroje Europy w tych ciężkich chwilach, kiedy ważyły się losy pokoju, znajdują się również korespondencje naszych czytelników, malujące ich bezpośrednie przeżycia.

Wśród tych listów znalazła się korespondencja p. Heleny Kutrzebianki, studentki U. J. z Krakowa, córki znanego uczonego, która przebywając w Londynie, miała sposobność zetknięcia się z życiem Anglików w okresie przełomu. Korespondencję tę, niezwykle interesującą, cechuje bezpośredniość w ujęciu życia Londynu i specjalne uwydatnienie reakcji obywatela angielskiego w okresie gorączkowych przygotowań obronnych Anglji.



LONDYN, we wrześniu.

Nigdy nie zapomnę pierwszych godzin po przebudzeniu się dzisiejszego ranka – dnia 30 września,
czyli nazajutrz po konferencji w Monachjum. Było w pół do siódmej rano, za oknem ciemno; szum drzew czy deszczu.

Nie wiedziało się jeszcze, jaki był wynik spotkania „grubej czwórki”. Nieznośna była myśl, że coś już zostało zadecydowane: wojna lub pokój, a nie wie się co, że gazety przyjdą dopiero za godzinę; że przez tę godzinę jeszcze trzeba leżeć w ciemnym pokoju, nie wiedząc czy dziś jeszcze, czy za chwilę nie będzie trzeba skupić całej energji na zdobycie miejsca w samolocie przez Berlin do Polski. Boże, Boże daj żeby był pokój!

[…] Serce mi bije jak młot. Nie mogę dłużej wytrzymać. Wkładam szlafrok i zbiegam na dół. W hallu stoi jakaś postać w pyjamie i płaszczu kąpielowym. To Fryc, młody żyd z Niemiec, od roku w Londynie. Nie, gazet jeszcze nie ma – w radju też głucho. Idę powoli na górę do siebie. Jakaś głowa wychyla się nad poręczą nademną. „Any news, Helen?”. To Pat, drugi sąsiad pyta, czy są już jakieś wiadomości. „No, Pat, not yet” – odpowiadam – jeszcze niema. Pół godziny jeszcze! Żeby się czemś zająć wkładam porozrzucane przedmioty do walizki. Wkońcu słychać ruch na dole – wybiegam na schody. Joyce, nasza młoda gospodyni, rozmawia z listonoszem. „What is it, Joyce?” (Co jest Joyce?) – pytam szeptem. – Odwraca się i uśmiecha. „I t’  s  p e a c e, Helen”. (Jest pokój), a listonosz z szerokim uśmiechem dodaje „c h e e r u p” (Radujmy się). […]

Już myślą o kartkach żywnościowych.

W ogólnym planie obrony pomyślano również o problemie żywnościowym. Wydrukowano już 50.000 000 kartek żywnościowych na zapas. Ustalono ceny bekonów, mąki, cukru, tłuszczy kuchennych i masła na najbliższe 2 tygodnie, gdyż oczywiście te artykuły zaczęły być gwałtownie wykupywane. Niestety zaczęto już spekulować na możliwości wojny. Niektórzy kupcy podnieśli ceny łopat, kilofów i worków z piaskiem trzy i czterokrotnie, i postarali się o sztuczny brak tych narzędzi dla podniesienia ceny. Większość ogłoszeń w dziennikach najrozmaitszych artykułów zachwala ich zalety w razie ataku lotniczego, a ogłoszenia o sprzedaży czy wynajmie domów są opatrzone literami A. R. P. […]

A oto, jak było w tym czasie w Paryżu, który wówczas uważano za stolicę Europy, a na pewno najpiękniejsze i najważniejsze jej miasto.

 

Z Place de la Concorde, wbrew wszelkim przepisom cyrkulacji, niezliczona ciżba ludzka wlewa się czarną rzeką w szeroką Avenue des Champs Elysies. W miarę, jak zagłębiam się w Pola Elizejskie, idąc w kierunku Łuku Triumfalnego, tłum gęstnieje i wkrótce już trudno się nawet poruszać. Wśród ożywionych rozmów politycznych i żywiołowej gestykulacji słychać ciągle jedno nazwisko: Daladier! Szef rządu – bohaterem dnia.

Ależ to niebywałe zjawisko, jak na francuskie stosunki! W normalnych czasach premjer, to taki biedny człowiek, którego się czyni odpowiedzialnym za wszystko: za politykę, za stan gospodarczy kraju, wysokie lub niskie ceny na rynku, bankructwa przedsiębiorstw, za niepogodę (szczególniej w niedzielę, bo to już naprawdę zła wola ze strony rządu), ba, nawet jeśli to komuś dolega, za wilgoć i pluskwy w mieszkaniu. Tymczasem dziś jest inaczej. Daladier, powracający z Monachjum, gdzie problem czechosłowacki został zlikwidowany (użyjmy raczej polskiego wyrazu – wykończony), wjeżdża do Paryża, jak triumfator, stojąc w automobilu. […]

Rząd francuski w chwili obecnej musiał wypić zupę, którą mu przygotowali jego poprzednicy, zawierający przymierze z państwem, które nie miało żadnych danych na wytrzymanie pierwszego silniejszego naporu. W tej sytuacji, jaka się obecnie wytworzyła, Daladier zrobił to, czego niewątpliwie pragnęła cała opinja publiczna francuska – uniknął wojny. […]

Ulice ciągle są jeszcze ciemne. Zainstalowano specjalne lampy, których światło spada blademi promieniami od latarnię, nie dając odblasku na niebie. Jest to jeden ze środków „biernej obrony”, mający na celu usunięcie łuny na niebie, która mogłaby nieprzyjacielskim samolotom wskazywać drogę do nadsekwańskiej Stolicy.

„Defense passive”! (obrona bierna). Te dwa słowa obiegały cały Paryż, oczekujący z dnia na dzień
bombardowania. Wielkie afisze wzywały do zapisywania się do ekip, pracujących nad obroną miasta. Czerwony Krzyż urządził kursy specjalne dla sanitarjuszek, gdzie na wykładach uczono, jak obchodzić się z maskami przeciwgazowemi, jak udzielać pierwszej pomocy zatrutym. Na publicznych placach, w bramach i na strychach domów miejskich nagromadzono fury piasku do gaszenia pożaru. Paryż robi się ponury, smutny i zgaszony. […]

Natomiast w paryskich mieszkaniach pełno ludzi i gwarno, szczególnie tam, gdzie mała mieszczańska rodzina zdobyła się na porządny aparat radjowy. Schodzą się przyjaciele, Sąsiedzi z góry, z dołu i z przeciwka, nawet stróżka, która na czas tego ciężkiego okresu zapomniała swym lokatorom wszystkich uraz, a przedewszystkiem używania radja po 10-tej wieczorem, głodna wiadomości politycznych, bierze udział w domowem przestępstwie, wysłuchując monotonnego głosu sprawozdawcy politycznego, który opowiada o wypadkach, mimo spóźnionej nocnej godziny. […]

Moja stara gazeciarka, która ma kiosk na ulicy L’Echaud de Saint-Germain, jest pacyfistką.

– Sudety, panie – powiada, wręczając mi paczkę porannych gazet – jabym te Sudety dawno już Niemcom oddała i to ze szczerego serca!

– Nie chcecie się bić?

– Bić się – spojrzała na mnie z oburzeniem — po to, żeby trzy miljony Niemców należało do Czech, ma zginąć trzy miljony Francuzów, Anglików, Niemców, Czechów i innych narodów… I to ma być sprawiedliwość?

Po układzie monachijskim udaję się jak zwykle do mojej baby po gazety.

– No co, zadowolona pani? Niema wojny!

Gdzie tam, stara gazeciarka, nabunduczona, warczy na mnie:

– To nie było sprawiedliwe, nie dotrzymaliśmy Czechom danego słowa, obiecanego poparcia.

– No, przecież pani nie chciała wojny, przecież to wojna miała być niesprawiedliwa.

– Ano właśnie – krzyknęła na mnie – w tem cały sęk, że i tak źle, i tak niedobrze. Rozumie pan, nie było wyjścia, nie było poprostu możliwości uczciwego załatwienia sprawy… Jak my teraz wyglądamy…

I po chwili zawziętego milczenia podniosła pięść, a oczy zaczęły rzucać pioruny.

– Ale tym, co zawiązali przymierze z Czechami, to jabym…

W tem miejscu posypał się szereg przekleństw i epitetów, gorszy od tych, które dyplomaci świata rzucali sobie wzajemnie na głowy. Może na polityce zagranicznej zna się jednak najlepiej prosty człowiek? […]

Pewne akcenty tej korespondencji można odnieść do naszej rzeczywistości, prawda? Nie, nie te kulinarne, te polityczne. Na szczęście nam wojna nie grozi. Chroni nas zjednoczona Europa i choćby dlatego warto ją pielęgnować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s