O bogaceniu się, życiowej drodze od pucybuta do milionera (przed wojną jeszcze milion dolarów wystarczał, aby być krezusem), napisał w roku 1938 dla „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” Wiktor Łabuński. Jego postać i karierę już tutaj opisywałam. Ten wyborny pianista na krótko przyjechał z Ameryki do Polski, ale miejsca w ojczyźnie nie zagrzał. Wrócił do Stanów, gdzie wyraźnie łatwiej było mu robić karierę pedagogiczną. Nie zaprzestał jednak kontaktów z krakowskim IKC-em – anonsowano nawet napisaną przez niego powieść o realiach „murzyńskich”, jak wówczas mawiano – co jakiś czas przysyłał obrazki i felietony, zaznajamiając polskich czytelników z realiami „tego słynnego USA”. Pewnie dorabiał w ten sposób do amerykańskich dolarów, no i nie tracił kontaktu z krajem.
W sierpniu, na rok przed wojną, Łabuński opisywał dla Polaków amerykańskie kariery:
…ileż takich przykładów można namnożyć w tym kraju wszelakich możliwości! Jak np. ta niezamożna pani, która zaczęła od robienia cukierków w domu i roznoszenia ich po domach. Obecnie cukierek tej pani t. zw. „Milky Way” (Mleczna Droga) jest do sprzedania literalnie wszędzie, a pani ta posiada jedną z największych stajni wyścigowych w Ameryce.
Albo ten chłop, co wynalazł Coca Colę. Też zaczęło się od fabryczki we własnej kuchni. Obecnie sprzedaje wiele miljonów butli tego nie bardzo smacznego trunku dziennie, ma coś z 18 fabryk i rozlewni. Ale cała Ameryka pije Coca Colę, więc pieniążki idą.
* * *
Depresja depresją, a pieniądze można zrobić. Tylko trzeba znaleźć swoją żyłę złotodajną.
Ciekawa ta informacja o znanych i dzisiaj batonikach, prawda? A i kryzys nas łączy duchowo z tamtą epoką.
Pójdźmy tropem słodyczy. Z opisaną w felietonie „mleczną drogą” do wielkich pieniędzy koresponduje przepis zamieszczony mniej więcej w tym czasie na stronach „Kuryera Kobiecego”. Jak widać, jest to odpowiedź na prośbę czytelnika. Czyżby przymierzał się do zdobycia polskiego rynku deserów?

25 dkg cukru (należy spróbować z małej ilości) wysypuje się na patelkę i i praży na ogniu aż nabierze złotawego koloru, poczem kropi się łyżką zimnej wody, mieszając, aż się cukier rozpuści. Teraz dolewa się 4 łyżki śmietanki i gotuje na bardzo gęsty syrop, który się wylewa na talerz i mięsza drewnianą łopatką aż do częściowego wystudzenia, poczem wykłada się masę na deseczkę zwilżoną wodą, rozpłaszcza i kraje w drobną kostkę.
Cukierki malinowe sporządza się z cukru polanego skąpo sokiem malinowym i gotuje razem na gęsty syrop. Dalsze postępowanie jak wyżej.
Przepis na bardzo podobne cukierki podaje Alicja B. Toklas. Nauczyła się ich wyrobu od pochodzącej z Bretanii Caroline, jednej z dziewczyn służących jej i Gertrudzie Stein. Jest to po prostu rodzaj domowych krówek, a nazywa się ten deser w książce Alicji:
Kalouga
W emaliowanym rondlu umieścić 1 szklankę śmietany i 1 szklankę cukru,
postawić na małym ogniu, mieszać cały czas, aż masa nabierze jasnokawowego
koloru. Wtedy zdjąć z ognia, wylać na wysmarowany oliwą blat marmurowy lub
emaliowany. Zanim wystygnie, pokroić w kostkę lub romby. To uproszczona i
tłusta odmiana karmelków, potwierdzająca banalną prawdę, że nie ma nic nowego pod słońcem.
Nie ma. Ale gdy wpadnie się na pomysł, jak dobrze sprzedać to, co dobrze znane, można zostać milionerem. Tylko komu by się chciało główkować w taki upał?
Następnym razem poszukam ciekawych przepisów na lody! Alicja B. podaje ich kilka.
PS Cytaty oczywiście w ortografii przedwojennej.
PS PS Trafiłam jeszce na taką odpowiedź gazety na pytanie o słodycze. Widocznie chętnych do zostania milionerem dzięki łasuchom było wielu:
„DOMOWA FABRYCZKA CUKIERKÓW”. Chce Pani konkurować z Piaseckim i Wedlem, a my mamy dostarczyć przepisów na irysy i landrynki? Nie da się to zrobić, droga Pani. Nie sądzimy, aby te firmy zdradziły swe tajemnicze przepisy, choćbyśmy ich najpiękniej prosili. Dajemy wedle możności naszym Czytelniczkom wskazówki i przepisy do domowego użytku, ale fabryczne? Niemożliwe!
PS PS PS Jeszcze dorzutka: przepis na ciekawe cukierki z „Bluszczu” z roku 1938: