Sobotnie fantazje

dnia

Gdy jest więcej czasu, może dojść do głosu fantazja. Z takiej fantazji wzięły się urządzane przez nas obiady filmowe. Polegają na tym, że spotykamy się na oglądanie wybranego przez nas filmu, należącego do „naszego kanonu”, nie pokrywającego się niekiedy z tym uznanym, oraz na zjedzenie obiadu do filmu pasującego. Na dzisiaj wybraliśmy stareńką komedię angielską pod polskim tytułem „Futrzany gang” (tyt. oryg. „Make mine mink”). Nas ta komedia bawi niezmiennie, mamy nadzieję, że i miłych gości rozbawi w sposób niezobowiązujący, wiosenny, tak pogodny, jak dzisiejsza pogoda. Nie jest wyrafinowana, ale za to obiad taki powinien być.

Humor angielski i menu więc angielskie. Na przystawkę staroświecki forszmak (przepis jest już w blogu), do niego sosy i musztarda oczywiście angielska. Potem zupa u nas mało dzisiaj znana. Z dzieciństwa pamiętam, że była taka zupa w proszku i ja ją uwielbiałam. Z tą, której przepisy znalazłam w kilku starych książkach kucharskich, nie miała zresztą wiele wspólnego. To zupa ogonowa. Gotuję ją korzystając z przepisu Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Oto on:

Zupa angielska zwana „Oxs-Tail” (z ogonów wołowych)

Oczyszczone i pokrojone ogony wołowe zalać zimną wodą i ugotować jak każde mięso, naturalnie dłużej, bo twardsze; odbierając [tak, ale chyba to błąd: chodzi o obieranie] czysto – włożyć dużo rozmaitej włoszczyzny, korzeni, parę liści bobkowych, kilka ziarnek angielskiego ziela, pieprzu, kwiatu muszkatołowego, cebuli i tak długo gotować, aż ogony będą zupełnie miękkie. Wtedy przecedzić zupę, zaprawić ją,  na 4 osoby 2 ogony rachując, mąką kartoflaną, osolić, wlać kieliszek madery, wsypać odrobinę kajenny, włożyć pokrajane ogony, trochę oddzielnie obgotowanych pieczarek, kilka plasterków marchewki i ugotować oddzielnie drobne knele, rodzaj kluseczek z cielęciny tłuczonej, służących zwykle za garnitur do „vol-au-vent”, do potrawy białej, lub tym podobnych.

Zupa jest wyśmienita i zupełnie oryginalna, podawana na najarystokratyczniejszych stołach angielskich. Zamiast knelu, około którego dużo roboty, ugotować grubego makaronu włoskiego, łamiąc go na 2 calowe [tak w oryginale] kawałki.

Oczywiście (czas jest, ale służby brak…) knelu nie zrobię, ale i makaronu do zupy nie podam. Wystarczą krążki marchewki i plasterki pieczarek oraz… płatki migdałowe zazłocone na patelni bez tłuszczu. A dla tych, którym będzie za mało „treści”, podam chlebek. Otóż niedawno pisałam, że nie można u nas dostać indyjskiego pieczywa (nan). I jest to już uwaga nieaktualna. Właśnie mam chlebek indyjski z jednej z czterech (!) piekarni z ul. Senatorskiej. Taki wybór cieszy konsumenta, ale zarazem jest powodem troski, no bo w końcu ile pieczywa można jeść! A wypieki w każdej z piekarni znakomite.

Planując tę ciekawą zupę, przeprowadziłam kwerendę w innych stylowych książkach kucharskich. Ciekawą i nieco zmienioną propozycję na wytworną ogonową podaje kucharz księcia Potockiego z Krzeszowic Antoni Teslar. Dla miłośników pluralizmu podaję jego wyborowy przepis (dla 10 osób):

Zupa Ox-tail

Dwa ogony pokrajać, wymyte obsmażyć na patelni, dodając jarzyn sporo, cebulę i jałowcu, złożyć do rondelka, a na tem maśle z jarzynami zasmażyć 4 łyżki maki, rozprowadzić rosołem lub wodą, zagotować niegęsty sos, zalać ogony, dodać szklankę czerwonego wina i kieliszek madery i dusić do zupełnej miękkości przez 4 godziny. Potem obrać mięso od kości, poukładać w paski gęsto na mokrej serwecie i zaprasować. Sos zaś rozprowadzić rosołem na zwyczajną zupę, tłuszcz zdjąć, zupę doprawić (dodać można jeszcze madery), przekręcić przez serwetkę, a ogony pokrajane w kostkę do zupy włożyć, wygrzać i podać.

Kłopot miałam jeden, i to wcale nie były nim ogony (kupiłam na stałym naszym targu, koło Hali Mirowskiej). Nie dostałam madery. Sympatyczny pan ze sklepu „Centrum wina” opowiedział nam znakomicie i historię tego wina, i story o jego braku na naszym rynku. Cóż, najlepiej jechać po nie na wyspę Madera. Na razie, w zastępstwie madery, zastosowałam do zupy rubinowe, mocne porto (zresztą… wyraźnie tańsze…). Umyśliłam jeszcze jedną zmianę: pokrojonego mięsa z ogonów (przycisnęłam je nie w serwecie, jak radzi Tesslar, ale między dwiema deseczkami) nie dodam do zupy. Podlane odrobioną porto i mocno zagrzane podam osobno, w sosjerce. Kto będzie chciał, nałoży sobie porcję mięsa na talerz.

A w ogóle mięsa będzie więcej, jak przystało na kuchnię Brytyjczyków (narodowa choroba: dna moczanowa). Po zupie danie główne: pieczony kawałek rostbefu. Jarzynka klasycznie angielska: zielony groszek i fasolka, tyle że podane à la polonaise, czyli z bułeczką. I pudding Yorkshire, łatwy do sporządzenia, przypominający nieco ptysie (klasyka: 250 g mąki, 4 jaja, 150–200 ml mleka, sos spod pieczeni; piec w 220 st. ze 20 minut).

A deser bardzo, bardzo angielski misz-masz, czyli Trifle. Jest to, jak łatwo sprawdzić w Sieci, słodka, kaloryczna, bogata mieszanina ulubionych składników: bitej śmietany, galaretki, owoców, dowolnych ciasteczek, kawałków czekolady, bakalii i angielskiego sosu custard. Sos kupiłam gotowy, waniliowy, z ciasteczek dałam: kawowe beziki i biszkopty skropione sokiem pomarańczowym (w miejsce alkoholu, choć może z amaretto czy wręcz rumem byłyby lepsze?…). Ponadto: truskawki i galaretkę morelową.

 Po porcji takiej słodkości (i śmiechu z poczynań futrzanego gangu) tylko herbata, oczywiście po angielsku. A może ktoś woli mocną kawę? A może kieliszek porto lub brandy?…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s