Legumina Franza Kafki

Co jadał Franz Kafka? Wiadomo, że nie jadał dużo, współcześnie widzi się w nim anorektyka. Od czasu, gdy mógł decydować o sobie, był wegetarianinem. Było to zupełnie niezrozumiałe dla jego ojca, pochodzącego z rodu rzeźników. W listach do narzeczonej, Felicji, która tak jak i matka martwiła się jego niejedzeniem, meldował tak: Ja jem trzy razy dziennie, między posiłkami nic, ale to nic a nic. Rano kompot, herbatniki i mleko. O wpół do trzeciej, jak grzeczne dziecko, tak samo jak inni ludzie, tylko w ogóle nieco mniej niż inni, a w szczegółach mięsa jeszcze mniej niż mało, więcej zaś jarzyn. Wieczorem o wpół do dziesiątej jogurt, chleb szwedzki, masło, wszelkiego rodzaju orzechy, kasztany, daktyle, figi, winogrona, migdały, rodzynki, dynie, banany, jabłka, gruszki, pomarańcze. To wszystko jest naturalnie zjadane w odpowiednim doborze, a nie jedno przez drugie, jakby się we mnie sypało z rogu obfitości.

W dzienniku 27 lipca roku 1914 ten niejadek zapisał, co spożył na kolację (może mu zasmakowało; pewnie tak, bo składniki należą do jadanych przez niego): Gegessen Reis à la Trautmannsdorf und einen Pfirsich. Była to potrawa z ryżu oraz brzoskwinia. Tego samego dnia dwa razy odwiedził szkołę pływania. Była pełnia lata. Za kilka dni miała się rozpętać wojna, która zakończyła pewną epokę, rozpoczęła nową. Samego Kafkę i jego twórczość można zaliczyć już do tej następnej, do cywilizacji XX wieku. Z całym jej postępem, także w dziedzinie zabijania (dwie siostry Kafki z Pragi miały zostać wywiezione do Litzmannstadt Ghetto, przecierpieć tam kilka miesięcy i zginąć w mękach w Chełmie nad Nerem). Wspomniany ryż należał jeszcze do wieku XIX. Wtedy składnikiem obiadu bywał pożywny deser (oczywiście u tych, których był stać na obiad).

W nazwisku, które dało nazwę potrawie z ryżu, Kafka się pomylił, a może pomylono się w restauracyjnym menu (cytat wzięłam z cyfrowej wersji „Dzienników”, zawartej na stronie projektu Gutenberg, jest więc raczej dokładny). Ferdinand hrabia Trauttmandorff, tak się nazywał austriacki mąż stanu, który swego nazwiska użyczył podawanemu na zimno ryżowi. Żył w latach 1825–70, w więc w czasach panowania takich legumin na stołach. Były to sute desery, podawane po sutych obiadach. Nie wiem, jak można było je jeszcze wchłaniać po przystawkach, zupie, pieczeni, rybie, drobiu, jarzynach. Ten przesyt musiał się skończyć. Koniec był brutalny. Następna epoka z takiego rozpasania zrezygnowała. Ale, jak u Kafki widać, porcja leguminy mogła być także jednym daniem: obiadowym i kolacyjnym. Proponuję tak podać ów ryż na zimno dzisiaj. Kto go polubi? Ja przygotowałam go dla pewnego Jana, który jako Jasio bardzo go polubił.

Przepis zaczerpnęłam z książki, którą bardzo cenię: Macieja Halbańskiego „Co jedzą nad Dunajem”. Autor publikował książki kulinarne w PRL-u. Są oczywiście skażone w różny sposób tamtą epoką (marny papier, produkty dopasowane do ograniczeń czasu itd.), ale poza tym są znakomicie napisane, bogate treściowo, naprawdę udane. Warte wznowienia.

Ryż hrabiego Trauttmansdorffa autor proponuje przyrządzić z: 200 g ryżu, 4 szklanek mleka, 150 g cukru pudru, 2 szklanek śmietanki kremowej, pól laski wanilii, 10 g żelatyny, owoców z kompotu (morele, brzoskwinie) oraz kieliszka (25 g) likieru Maraschino, przy którym widnieje dopisek: kubański bywa od czasu do czasu w naszych „Delikatesach”. Marschino kubańskie już u nas nie bywa, swoje kupiłam we Włoszech, ale może bywa obecnie w którymś ze sklepów „Alkohole świata”? (To likier z wiśni, do deserów znakomity). Z doświadczenia dopowiem, że w PRL-u nie było także wanilii w laskach oraz brzoskwiń i moreli w puszkach; latem po te owoce ustawiano się w kolejkach.

Mleko gotuje się z cukrem (120 g) i wanilią. Ryż się sparza wrzątkiem, potem gotuje w tym mleku (można dodać też szczyptę soli) nawet 30 minut. Musi być miękki. Potem się go odstawia, usuwając wanilię, studzi od czasu do czasu mieszając. W tym czasie przygotowuje się żelatynę w małej ilości wody (uwaga: przy okazji wyjazdów, zaopatruję się w żelatynę w listkach, nie wiem, dlaczego u nas niedostępną; w sklepach ze zdrową żywnością można kupić żelujący agar). Śmietanę się ubija z resztą cukru, dodaje wystudzoną żelatynę. Wszystko miesza razem z pokrojonymi w kostkę owocami. Wkłada do jakiejś formy (najlepiej babka z kominkiem) i trzyma w lodówce. (Formę warto przed nałożeniem ryżu opłukać zimną wodą). Autor radzi podać do leguminy sok malinowy albo rozpuszczoną galaretkę porzeczkową.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wprowadziła kilku zmian: dodałam zamiast proponowanej klasyki owocowej mieszankę koktajlową owoców egzotycznych oraz czereśnie w syropie (jedno i drugie z puszki). Czereśnie niestety kupiłam z pestkami, co opłaciłam żmudnym odpestkowywaniem (moja wina, bo nie przeczytałam etykiety), nie były zresztą smaczne, ani nawet w syropie. Do tego dodałam tabliczkę pokrojonej drobno czekolady deserowej (nie powinna być mleczna). Ryż polałam gotowym sosem jeżynowym (gęsty sos z owoców lub warzyw to francuski coulis). Sosów owocowych teraz dostatek, można dobrać pod swój smak.

Aha, dla Jana dodałam maraschino, dla Jasia oczywiście nie dodawałam i to nie tylko dlatego, że kubańskiego nie dostałam nawet w „Delikatesach”. Podobnie jak o dzieciach, warto pamiętać o osobach nie tolerujących alkoholu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s