Proste jest wielkie

Chce się czegoś zielonego? Nie mamy czasu? Najszybsza i ekscytująca jest zawsze każda propozycja sałatkowa. Można sałatę jeść jako dodatek do jakiegoś kotleta, wędlin, łososia świeżego lub wędzonego lub – samą, tylko z pieczywem pszennym typu bagietka lub ciabatta.

Oto moja sałata. Kupujemy na nią bulwę kopru włoskiego, z lodówki bierzemy seler naciowy, bo go zawsze tam trzymamy, prawda? Kroimy w takiej samej wielkości paski. Mieszamy z ukręconym winegretem. Jaki lubimy?

Przeczytałam tu u kogoś w bardzo sympatycznym blogu, że nie przepada za oliwą. Bywa gorzkawa, kwaśnawa, wreszcie – stara jełczeje. Ja nauczyłam się jej używania. Musi być jednak dobrej jakości, co zaś do smaku: warto szukać odpowiadającego nam metodą prób i błędów. Mam swoje ulubione gatunki (nie licząc zapasów przywożonych z południa Europy). Jeszcze jedno: na oliwę do sałat nie żałuję grosza.

No więc można użyć oliwy, można dać ulubiony olej, sok z cytryny (jak ja), albo dobry ocet. Proporcje klasyczne: 3 : 1. Sól, pieprz świeżo mielony. I już. Na końcu dorzuciłam chrupkie migdały w soli. Ale można dać same migdały (prużymy je na suchej patelni), jakiekolwiek orzechy, pestki pinii, dyni lub słonecznika. Można dać miąższ jakiegoś cytrusa. Albo nic nie dawać. Przybrać nacią kopru włoskiego. Od razu jeść. Pasuje do lekkiego białego wina.

A dlaczego zawsze trzymam w lodówce seler naciowy? Bo pasuje do wszystkiego: do sałat, do prawie każdego sosu (np. bolognese), do kanapek, do podduszenia z mięsem lub rybami, a także oczywiście do Bloody Mary, czyli Krwawej Maryśki, jako mieszadełko, ozdoba szklanki i bezkaloryczna zakąska.

Dodaj komentarz