Gdy tylko miałam okazję w listopadzie kupić gęś, to na świętego Marcina ją piekłam. Cieszy mnie, że ta tradycja staje się modna! Warto zapraszać miłych gości, bo ptaszysko duże. Dzisiaj jakoś się wszyscy nasi wymówili od przyjścia (a szkoda, bo dzieciaki miałyby co oglądać do południa na Placu Piłsudskiego i Krakowskim Przedmieściu). Całej gęsi nie było więc sensu kupować. Mam tylko pierś.
Natarłam ją mieszanką własnego pomysłu. W moździerzu (Bożenko, korzystając z niego zawsze pamiętam, że jest od ciebie) roztarłam: kulki jałowca, nieco kminku, mniej niż nieco anyżu, trochę kolendry, dobrą gałązkę świeżej szałwii wraz ze szczyptą ciemnego cukru oraz naparstkiem czystej wódki z pszenicy. Mieszankę wtarłam w nacięte w kostkę piersi; trzeba uważać, aby przeciąć tylko skórę, a nie mięso pod nią. Niech to poleży w temperaturze pokojowej, a ja pójdę na spacer w ten piękny, słoneczny i bardzo odświętny dzień.
Wróciłam i wstawiłam gąskę do pieca. Nasmarowałam lekko masłem i w naczyniu żaroodpornym dałam na 15 minut najwyższej temperatury. Potem zmniejszyłam grzanie do 180 st. C, a gąskę posoliłam i przełożyłam do brytfanki z kratką, pod którą podlałam wodę. W tłuszcz wytopiony z gąski (sporo jak na pierś!) włożyłam ziemniaki obgotowane i dość grubo pokrojone w paluszki.
Posypałam je morską grubą solą i majerankiem. Po kolejnych 15–20 minutach gąskę polałam sosem spod kratki, obtoczyłam w nim ćwiartki dużego jabłka i położyłam na kratce. Piekarnik nastawiłam na 150 st.
W tym czasie przyrządziłam sałatkę. Ze wstydem przyznam, że z czerwonej kapusty ze słoiczka. Chciałam kupić główkę surowej, ale były dostępne tylko głowiska. Ze słoiczka odlałam wodę (czy marynatę), kapustę polałam olejem arachidowym, skropiłam octem balsamico, dokroiłam do niej
bakalie: rodzynki, daktyle i kandyzowanego ananasa (orzechy ktoś wyjadł!). Pieprz i nieco cukru dla złamania smaku: sałatka gotowa.
Pierś zmiękła (a nie lubię półsurowej, jak to teraz w modzie), ziemniaki także. Gdy one będą gotowe, wyjmę pierś i zostawię na kilka minut, aby soki w niej rozeszły się równomiernie. Domowy sommelier zarządził Barolo. Mam nadzieję, że będzie równie dobre, jak cały obiad. I na odwrót.
