Potem wrzuciłam wydrylowane wiśnie do sokownika, zwanego też sokowarem (?), wytwarzającego sok poprzez przepuszczanie pary poprzez owoce. Sokownik jest dzisiaj do kupienia, jak i butelki, słoiki, lejek itp. utensylia. Nie spotkałam tylko ładnych naklejek na słoiki (może gdzieś są), ale poradziłam sobie z tym kupując etykietki samoprzylepne. I już.
Wydrylowane wiśnie wrzuciłam do górnej części sokownika. Zasypałam cukrem. Cukru sypię więcej niż wskazuje przepis na sokowniku, domownicy wolą od czystego soku syrop, do rozcieńczania wodą. Do dolnej części gara wlewam wodę, na nią idzie część, do której będzie się wlewał sok (ta z rurką do jego spuszczania), na górę część z owocami i cukrem. Całość stawiam na ogień, początkowo duży, potem jak najmniejszy.
Gdy sok się wytwarza, my zajmujemy się myciem kuchni. Potem odpoczywamy, a gdy ujrzymy sok w plastikowej rurce, spuszczamy go do wyparzonych butelek. Z 5 kilo owoców wyszło sześć butelek soku (3/4 l). Mogłabym wydusić więcej, ale sok jest mi potrzebny do wykonania dalszego przetworu. Jest to rodzaj dżemu: owoce pozostałe w sokowniku wlewam do wrzącej reszty soku, zasypuję dodatkową porcją cukru żelującego, ew. doprawiam, zasmażam i wkładam do wyparzonych słoików. Je się je i używa jak dżem. Albo bardzo wytworną konfiturę.
I ją uczyniłam: pod koniec zasmażania owoców, doprawiłam je mielonymi goździkami, gałką muszkatołową, ostrym cayenne (lub chili) i… tabliczką gorzkiej czekolady. Słoiczek tego przetworu może być: a. oryginalnym dodatkiem do deserów, b. poprawiaczem nastroju podanym w jesienny lub zimowy dzień do herbaty, c. eleganckim prezentem.
A tytułowe hasło zapożyczyłam z „Postrzyżyn” Hrabala, tyle że tam dotyczyło szopa-pracza. O konsekwencjach przerwania nudy z jego pomocą poczytajcie sobie sami. Ja wybieram wiśnie.
