Ananas w różnych kontekstach, także filmowym

dnia

Odkąd opanowałam sztukę obierania i krojenia świeżych ananasów, stałam się ich wielką admiratorką. Pasują do tak wielu potraw: od sałatek i zup, i to słodkich lub pikantnych, poprzez dania mięsne różnego rodzaju, po desery. No i nie tylko. Sok z ananasa bywa bazą do znakomitych koktajli. Alkoholowych i bezalkoholowych. Są zawsze smaczne, gaszą pragnienie, nie za słodkie (o ile ich nie dosłodzimy, ale warto się przed tym powstrzymać!). Pachną Południem, o którym w lutym, nawet tak ciepłym jak tegoroczny, możemy tylko marzyć. Pewien koktajl z ananasem w tle pojawia się w filmie, który oglądałam parę dni temu.

Ten film to najnowsza produkcja braci Coen – „Ave Cesar”. Jak to u nich bywa, jest zarazem prześmieszną komedią i prześmiewczą satyrą. W tym wypadku na różne zjawiska życia filmowego i życia, można rzec, idei. Po wyjściu z kina pomyślałam, że w Polsce dzisiejszej takiego filmu by się nie dało nakręcić. I to nie tylko z powodu braku pieniędzy na odpowiedni budżet. Z powodu braku dystansu do samych siebie. Z powodu braku takich inteligentnych reżyserów, jak bracia Coen. Jedynym chyba filmem polskim, który w zbliżony sposób (choć w zupełnie innym stylu) rozprawiał się z niedostatkami umysłowymi swojej epoki, był „Rejs” Marka Piwowskiego. Kręcony, przypomnę, pod koniec lat 60. Ma datę produkcji 1970, ale jest w nim wiele z klimatu poprzedzających go lat rządów Gomułki (kręcono w roku 1969).

Dla mnie było przezabawne, jak bracia Coen pokazują różnorodność typów związanych z filmem – od głównego machera czy producenta, z którego perspektywy którego toczy się akcja, po aktorów z baaardzo różnym emploi, i komunistyczną bandę – tak, tak – scenarzystów. Przy tym nie ogranicza się wcale do tematyki filmowej: jest i o religii, i o komunizmie, muśnięte jest filmowe dziennikarstwo.

 

Koktajl wypija główny bohater filmu (Josh Brolin) w pewnej chińskiej restauracji, w której spotyka się z przedstawicielem koncernu z branży zupełnie innej niż filmowa, oferującym mu pracę atrakcyjną i na pewno znacznie mniej absorbującą i pełną szczególnych wyzwań. Zwłaszcza w czasie kryzysu spowodowanego porwaniem gwiazdora filmu najważniejszego dla wytwórni. A to kapitalny George Clooney (czapki z głów przed aktorem brawurowo odgrywającym grającego aktora!).

 

Innych aktorów nie wymieniam, ale role wszystkich (speca od westernu, gwiazdy filmów wodnych, tancerzo-śpiewaka w stylu Gene’a Kelly’ego) bardzo bawią. Podobnie jak inteligentne dialogi (wprowadzenie do filmowego filmu z historią starożytnego Rzymu, scena z kapłanami rozprawiającymi o religiach czy „wykłady” profesora Marcusego). A koktajl? To Mai Tai. Popularny w czasach filmowej akcji, czyli kręcenia superprodukcji nawiązującej do „Quo Vadis” z lat 50. XX wieku czy innego „Ben Hura”. Pieczołowicie dobrany. Jak zresztą wszystkie inne detale.

O koktajlu pisze Rob Chirico, z którego poradnika często korzystam napitki opisując i – co ważniejsze – zlecając domowemu barmanowi ich miksowanie. O Mai Tai pisze na początku ogólnie (tłum. Ani Chomczyk i Anny Ratajczyk):

Mai Tai jest słodko-cierpkim koktajlem, w którym owocowe smaki równoważą starzony rum. Nie ulega wątpliwości, że pierwszy Mai Tai został zmieszany w 1944 roklu Przez ‘Trader Vica’ Bergerona w prowadzonym przez niego barze Hinky Grink w Emeryville w Kalifornii, na przedmieściach San Francisco. (…) Z podróży po południowym Pacyfiku ‘Trader Vic’ powrócił z wyjątkowo szacownym wyposażeniem, który stał się standardem w lokalach ‘pod palmami’. Mai Tai jest drinkiem stworzonym dla dwójki przyjaciół, Easthama i Carris Guildów z Tahiti, którzy będąc w barze poprosili o coś specjalnego. Po wypiciu łyczka Carrie stwierdziła: ‘Mai Tai – ro ae”, co w języku tahitańskim oznacza ‘ nie z tego świata – niesamowite’. (…)

Pozostańmy przy tym skrócie, opis jest jeszcze bardziej szczegółowy. Drink się przyjął, jakkolwiek „nie ma w nim nic polinezyjskiego”. Ale wpisał się w listę klasycznych koktajli, znanych wszystkim barmanom świata. No i bary odwiedzającym.

Przyrządziliśmy go kierując się wskazówkami Chirico. Podaję je więc jako cytat, a potem napiszę, co w nim zmieniłam.

 

Mai Tai Roba Chirico

60 ml rocznikowego rumu

30 ml cointerau lub triple sec

30 ml grenadyny

1 łyżeczka orszady

30 ml świeżo wyciśniętego soku z limonki

Wstrząśnij rum, cointreau, grenadynę, orszadę, sok z limonki i lód, następnie przelej do kieliszka typu hurricane wypełnionego lodem. Udekoruj świeżymi owocami i malutką parasolką.

 

Parasolki nie miałam (leżały kiedyś, leżały, aż dałam wnuczce do zabawy). Orszady, czyli napoju z migdałów nie miałam, dałam więc łyżeczkę migdałowego amaretto. Trochę chyba za bardzo dosłodziło to napój. Likierem pomarańczowym było u nas Triple Sec, aha, a rum bardzo rocznikowy nie był, ale za to aromatyczny, z Antyli. W przyszłości dam mniej likierów i bardzo słodkiej grenadyny. Poza jej słodyczą (rzecz gustu) koktajl sączyło się przyjemnie. Ananasem udekorowałam kieliszek, a troszkę soku, który powstał przy krojenia owocu, dolałam do kieliszków. No i plastry ananasa podałam jako przekąskę.

Ananasy są bardzo soczyste. Krojąc je, zawsze zbieramy sok. Można go dodać także do sałatki z ananasem. Można ją podać jako lekką i stylową kolację po aperitifie Mai Tai.

 

Sałatka z ananasem i truskawkami po mojemu

sałata lodowa lub rzymska

kilka truskawek

2–3 plastry ananasa i 2–3 łyżki soku

świeży ogórek

cebula dymka

oliwa

ocet-krem z balsamico o smaku truskawkowym

kwiat soli, czarny pieprz Telicherry

 

Wymieszać oliwę z sokiem z ananasa i solą. Sałatę pokroić w paski, cebulę-dymkę w plasterki, ananasa w kostkę lub trójkąciki. Truskawki obrać z szypułek, miąższ pokroić w plasterki. Wymieszać w salaterce truskawki (kilka odłożyć do dekoracji), ogórki, ananasa. Na wierzchu ułożyć sałatę. Polać oliwą, skropić octem, posypać pieprzem z młynka.

Sałata ma przykrywać niespodziankową mieszankę owoców ze świeżym ogórkiem. Dlatego sałatkę mieszamy dopiero przy stole. Podałam ją z rumianymi tostami. Ale można je pokroić na kosteczki grzanek i nimi sałatkę posypać.

Na koniec danie główne, także z ananasem. Pieczona kaczka. Sok z ananasa zmiękcza mięso, a jego plastry nie tylko nadają potrawie smaku, ale i pięknie ją dekorują. Powstaje danie efektowne, godne stołu odświętnego.

 

Kaczka pieczona z plastrami ananasa po mojemu

kaczka

mięta suszona

gotowa przyprawa jabłkowo-pomarańczowa

sól, pieprz

Kaczkę opalić z resztek piór, oczyścić, obmyć, osuszyć. Nie kalecząc mięsa naciąć skórkę na piersiach i wszędzie tam, gdzie jest tłuszcz. Natrzeć suszoną miętą, przyprawą (zamiast niej można wziąć startą skórkę z pomarańczy) i solą. Odstawić na kilka godzin lub na noc.

 

Nagrzać brytfannę, w której kaczka będzie się piekła. Tuszkę włożyć piersiami do dołu. Obsmażać z każdej strony w wytapiającym się tłuszczu.

Piec w 80–­100 st. C przez 4–5 godzin lub przez 1,5 godziny w 180 st. C. Podlać sokiem z ananasa, jeżeli go mamy, lub odrobiną bulionu, białego wina czy po prostu wody. Pół godziny przez zakończeniem pieczenia obłożyć piersi plastrami ananasa. W obu wypadkach zwiększyć temperaturę do 200 st. C. Dopiec, podawać gorącą.

Z kaczki odcinam skrzydła, a często także grzbiet, aby się piekły same piersi i udka. Na częściach odciętych gotuję zupę, najczęściej pomidorową. A kto chce mieć jej wersję odświętną (nie dla wnuków, którzy są tradycjonalistami) i nie boi się nowinek, może ją zachować czystą (bez śmietany czy zagęszczania mąką) i doprawić sokiem z ananasa. Do wazy można wrzucić kostki ananasa. Ale zawsze świeżego, nie tego z puszki. Kto po niego sięgnie, ten puszkowego będzie używał w ostateczności. Świeży jest najsmaczniejszy i każdą potrawę czyni po prostu wykwitną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s