Chcemy mieć napój aromatyczny i rozgrzewający? Przygotujmy dzbanek gorącej czekolady. Napój zróbmy z gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao, jakkolwiek nie jest to jedyne kryterium wyboru. To nasz osobisty smak zadecyduje o tym, jaką czekoladę polubimy. Niczego lepszego niż metoda prób i błędów nie wymyśliłam, przez wybieranie trzeba przejść samodzielnie. Dalej jest już prościej.
Czekolada na gorąco
Rozpuśćmy czekoladę na parze lub w mikrofalówce. Zagrzejmy wodę, mleko lub śmietankę-kremówkę (zawsze tylko słodką), albo mieszaninę z tych składników. Dodajmy do smaku cukier, jeżeli lubimy słodkości (cukier nie jest konieczny): najlepiej brązowy z trzciny, ale może być i zwykły, biały. Nie za dużo, nadmiar zabije szlachetny smak. A może na stole postawimy syrop z trzciny lub agawy (na zdjęciu, przywiozłam go „zza morza”), może miód. Połączymy miękką czekoladę z płynem. Dołóżmy przyprawy, jeżeli chcemy smak podkręcić. Jakie przyprawy? Kawałek cynamonu. Sproszkowane chili. Kardamon. Goździk? Laskę wanilii? Kawałeczek imbiru Podgrzewajmy napój. cały czas mieszając, najlepiej sprężynką. Ma być dość gęsty, ilość mleka dopasujmy więc do pożądanego efektu. Pamiętajmy że gdy zacznie stygnąc, zgęstnieje.

Jak widać, nie podaję proporcji. Ekscytujące jest dobieranie ich samodzielne. To coś jak dziecinna zabawa „w dom”. Gorącą czekoladę nalewamy bezpośrednio w filiżanki, kubki lub szklaneczki z grubego szkła (aby trzymały ciepło) albo w dzbanek, a w filiżanki przy stole. Jeżeli chcemy, podajmy oddzielnie ubitą śmietanę, tak aby każdy mógł sobie ją nałożyć do filiżanki.
A może zechcemy wzmocnić rozgrzewające właściwości czarodziejskiego napoju? Dodajmy do niego alkohol (ale już nie gotujmy). Brandy, rum, tequila, a może jakiś likier? Jeżeli likier ma być słodki, czekolady podczas przyrządzania na pewno nie słodzimy.
Nasz likier słodki nie był. Przywieźliśmy go z Francji. Starszy pan, który stał obok nas, gdy wybieraliśmy zapas likierów, z uznaniem kiwnął głową, widząc nasz wybór. Powiedział, że to wyborny digestif. Czyli trunek, zwykle mocny, podawany po obiedzie, na trawienie. Ma się rozumieć. Jeżeli ktoś wierzy, że po obfitym posiłku jest coś, co pomoże zwalczyć uczucie przepełnienia, będzie tym – obok „Balsamu z Rygi” – na pewno Chartreuse. Bo o tym zielonym likierze ziołowym piszę. U nas też go można kupić. Starcza na długo, bo jest bardzo mocny, jego ziołowy smak nie zajduje wielu amatorów, a wypija się go po małym kieliszku.
Chartreuse i Bénédictine to dwa likiery tzw. klasztorne. Należą do najsłynniejszych trunków świata, co znajduje wyraz w ich cenie (niestety). Ich recepty stworzyli wiele setek lat temu zakonnicy z francuskich i włoskich klasztorów kartuzów i benedyktynów. Oba likiery są wytrawnymi kompozycjami ziołowymi. Ich receptura jest chroniona tajemnicą. Chartreuse jest wytwarzany w dwóch gatunkach (mocny zielony, słabszy i słodszy żółty).
Nazwa Chartreuse pochodzi od mnichów francuskich – Kartuzów. Od wieków maja siedzibę w klasztorze położonym u podnóża Alp, niedaleko Grenoble, w Voiron Blisko łąk pełnych ziół. Historia likieru spełnia wszystkie reguły sensacyjnej opowieści.
Podobno przepis na zdrowotny eliksir długowieczności zakonnicy uzyskali w roku 1605 od księcia d’Estrées, marszałka i dyplomaty, w nagrodę za wyleczenie z choroby. Nierozszyfrowana receptura trafiła do klasztoru La Grand Chartreuse w roku 1735. Tam poślęczał nad nią i doszedł do niezłych wyników brat-aptekarz Jérôme Maubec i na jej podstawie sporządził eliksir roślinny, używany jako lekarstwo. Za Rewolucji braci zakonnych z klasztoru wypędzono. Formuła produkcji eliksiru się zawieruszyła (historia to zbyt skomplikowana, aby ją opowiadać szczegółowo), by objawić się już za Cesarstwa, w archiwum ministerstwa spraw wewnętrznych. Tajemniczy dokument, którego nikt nie rozumiał, odesłano do ponownie otwartego klasztoru. W roku 1835 Kartuzi odtworzyli produkcję i eliksiru (o 70-procentowej zawartości alkoholu), i zielonego likieru (55-procentowego).
Ale na tym nie koniec historii mnichów i ich klasztornego likieru. W latach 1903–1929 zakonników ponownie wypędzono z Francji. Tym razem trafili do Hiszpanii, do Katalonii. Cennej receptury jednak nie zapomnieli zabrać. Dzięki temu mogli produkcję Chartreuse wznowić w Tarragonie i sprzedawać go pod nazwą już przez znawców wysoko cenioną. W końcu, po licznych perturbacjach związanych z nazwą po wytwarzaniu w Hiszpanii i wznowieniu produkcji we Francji, od roku 1989 likier jest wytwarzany tylko w Voiron.
Oczywiście, receptura pozostaje tajemnicą. Strzeże się zarówno samego procesu destylacji, podobno prowadzonego w sposób specjalny, jak i zestawu ziół i korzeni, które są destylatem zalewane. Na pewno znajdują się wśród nich: melisa, hyzop, arcydzięgiel, cynamon, kwiat muszkatołowy i szafran. Smakowe wartości likieru ma podnosić dodatek starego koniaku. Jest on też odpowiednio i minimalnie, dla przełamania smaku, słodzony. Ale czy tak jest?
Już za tę historię cena likieru musi być odpowiednio wysoka. A dodatkowy narzut zapewne jest naliczany za walory zdrowotne. Czy w połączeniu z czekoladą je zachowuje? Jedno powiem: jest bardzo rozgrzewający. Wystarczy przy tym za solidny deser. Pamiętajmy, że czekolada to bomba z magnezem. O tej porze roku wybitnie potrzebnym: na „nerwy” i na dobre samopoczucie. Raz do roku, w Zaduszki, wspominając Bliskich i Dalszych, którzy odeszli, można się tymi kaloriami pełnymi treści uraczyć i rozgrzać.
PS Gdy robimy czekoladę dla dzieci, możemy rozpuścić w mleku wyrób mniej wytrawny. Rzecz jasna, bez alkoholu i eksperymentów z przyprawami.