Powstanie Warszawskie: jeszcze raz od kuchni

Szczególny dzisiaj dzień: rocznica kapitulacji Powstania Warszawskiego. Od lat mnie zmusza do refleksji. Im jestem starsza, tym bardziej ten ostatni dzień wydaje się ważniejszy od pierwszego.

Sięgnęłam do „Pamiętnika z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Powinni go przeczytać wszyscy, którzy są ciekawi, jak było. Przy tym ciekawi nie tylko walki, ale i dnia codziennego powstania. Dnia cywilnego. Spędzanego w piwnicach. Bez normalnego pożywienia. Przy braku wody. W huku bomb. Wśród pożarów.

Organizowano wtedy, jak się dało, codzienne życie. Życiowe sprawy były nieomal tak ważne, jak walka. Pisały o nich gazetki, już jawne, nie konspiracyjne: 15 VIII – Kompania Gospodarcza  Wojskowej Służby Kobiet uruchomiła dla żołnierzy AK kąpieliska. Węgiel na ten cel zbierany jest w drodze dobrowolnych składek. Dyżurne w kąpieliskach dbają o oczyszczenie i drobne reperacje odzieży żołnierzy”.

Organizowano także stołówki, jedną z nich opisano tak: „W walczącej Warszawie jest już ponad 10 Gospód Żołnierskich, zorganizowanych przez Peżetki [kobieca służba Pomoc Żołnierzom]. W lokalu dawnej kawiarni Musabella, przy ul. Złotej otwarto jeszcze jedną. (…) Lokal kawiarni, zupełnie nie zniszczony, ma przyjemne oświetlenie stojących lamp, na ścianach gospodynie umieściły wizerunki orłów. Nad wejściem do dawnego cocktail-baru czytamy napis: „Wiedz i zapamiętaj prawdę oczywistą / Alkohol to sojusznik Hitlera nad Wisłą”. Założono gazetkę ścienną o estetycznym układzie graficznym, otwarto czytelnię. Gościnne panie częstują nas papierosami, kawą.

Co jedzono w powstaniu? Przeczytać o tym można u Mirona Białoszewskiego: Z dnia na dzień mielenie nastało. (…) szuru-buru, szuru-burku – korbkami. (…) pszenicy mieliśmy dużo. Już ją jedliśmy. W kółko. Po pełniutkich talerzach. Z sokiem. I z plewami. Bardzo dobra! Częstowało się nią, kto jej nie miał.

Każdy jadł, co miał. Gotował jak umiał i mógł. W gazetkach nie dawano, rzecz jasna, przepisów na suchary (opisał je Miron!), na zupy-plujki z mąki, na kasze czy nie-wiadomo-co ze zboża mielonego w ręcznych młynkach. Znalazłam tylko przepis (dokładny!) na szczególny produkt pt.

A oto opis, który daje pogląd na to, jak jedzono: W dawnym III-cim gimnazjum męskim przy ul. Śniadeckich funkcjonuje świetnie, większa grupa uchodźców stworzona na wzór falansteru. Kolejno odbywają się służby na dachu, na strychu, kolejno sprząta się korytarz i podwórka. Spotykamy właśnie wszystkich przy wspólnym posiłku.

– Panie Józiu. stój pan spokojnie w kolejce, nie pchaj się tak do michy, jak alianci do Paryża. Masz pan czas.

Posiłek otrzymują tu pogorzelcy i uchodźcy ze wspólnej kuchni. Kontrola rozdziału odbywa się systemem kartkowym.  W kamienicach powstawały Komitety Domowe. Zajmowały się też aprowizacją, jak np. ten:

Od pierwszych dni powstania czynny jest przy ulicy Czerniakowskiej Komitet Obywatelski, mający na celu ważne zadania natury społecznej. Zapytany odnośnie działalności Komitetu pan mec. R., zastępca kierownika biura rozdziału, udzielił nam dokładnych informacji. Komitet rozpoczął swą działalność już piątego dnia powstania. Celem zasadniczym Komitetu jest zabezpieczenie ludności od głodu przez uzyskanie do swej dyspozycji jak największej ilości artykułów żywnościowych, aby z kolei rozdzielić je pomiędzy te część ludności, która najbardziej pomocy potrzebuje. Zawdzięczając dowództwu AK zdobywa Komitet cukier, makaron i marmeladę. Artykuły te rozdziela się według ustalonej porcji na osobę (1 kg. makaronu, pół kg. marmelady i 20 deka cukru) raz na cztery dni. Taka forma rozdziału została ustalona z tego względu, że umożliwia ona wykorzystanie zapasów własnych lub otrzymanie innych artykułów drogą wymiany.

Wydaje się kilka tysięcy porcji dziennie. Dotychczas wydano około 35 tysięcy porcji. Dzieci i uchodźcy z innych dzielnic miasta otrzymują chleb po ćwierć kg. na osobę.

Na zdjęciu: zebranie takiego Komitetu Domowego jednej z kamienic:

Ale żywności było coraz mniej. Potem dni były takie, jak zapamiętał Miron: Wstawało się rano, nie do jedzenia przecież, bo zaczęło się jeść już chyba wtedy raz dziennie. Mama nad wieczorem robiła z resztek kaszy zbożową kawę. Rozdawała po filiżance każdemu. Oczywiście bez cukru. Już odkąd bez cukru. Od początku chyba. I po trzy suchary. Takie już cienkie, powyginane, niecałe plasterki czarnego chleba. Potem były już tylko po dwa. To była najuroczystsza chwila. I przedtem czy potem – różaniec. Dzień był długi.

Miało być jeszcze gorzej. Dlatego w jednym z pisemek zamieszczono apel pt. Nie ruszać konserw: Jest to przedwczesne. Dotychczas mamy jeszcze wodę, więc możemy jeść produkty gotowane, jak kasze, kluski, fasolę, groch, itd. w postaci zup lub na gęsto z sosami. Chleb, suchary, konserwy należy rezerwować na wypadek uszkodzenia wody. Domy nie posiadające chleba, powinny sobie zawczasu upiec zapas chleba lub podpłomyki. Chleb przechowywać w postaci sucharów.

Potem i z wodą nie było najlepiej. Była zanieczyszczona. Przyszedł też głód. Zapamiętał go Białoszewski: Tymczasem (…) głód. Ktoś z kimś zamienił się na rogu Wilczej i Kruczej zapałkami na pomidor. Potem ktoś wyniósł na ten róg chleb. Może suchary. Znowu ktoś inny papierosy. I chyba złoto. I tak zaczął się bazar.

Słyszało się, że jest w naszych rękach młyn na Prostej. Zaopatrzony jeszcze w dużo żyta, pszenicy, jęczmienia. Że organizuje się wyprawy. Takie karawany. Kto chce. Piętnaście kilo – dla
wojska. Resztę – ile się udźwignie – dla siebie. Podobno szli
. A potem: Młyn był wyczerpany. Zboże naniesione dla wojska., niby go tak dużo, a już się kończyło. Broni też wcale nie było tak bardzo. Zresztą co za broń? Śmiech na sali.

2 października to ostatni dzień powstania. Pisze Miron: Wszystko w ogóle ucichło. Tym razem na stałe. Kapitulacja. Koniec powstania. Ogłoszone. Wszyscy od dziś wychodzą. Zapadła cisza. Nie strzelano po raz pierwszy od 63 dni. Toteż wygłodniali ludzie, jeszcze przed wyjściem z miasta, biegali w poszukiwaniu żywności. Wszystko to (…) miotało się jak my, albo wracało z Pola Mokotowskiego, z działek, z burakami, marchwią, pietruchami, baniami, naręcza świeżunie i te liście, zapachy, kolory i zachłanność niesienia do swojego gara, żeby co prędzej ugotować i zjeść! Pierwszy raz!.

Potem jeszcze był posiłek rozdawany: Dowiedzieliśmy się, że RGO rozdaje zupę, że dużo, że dobra, że z pomidorami i kartoflami. Polecieliśmy. Ogony przed beczkami z zupą przesuwały się szybko. Nalali pełno. Ciepłej, pachnącej, prawdziwej pomidorowej z ziemniakami. Zjadło się. Ogłosili dolewki. Znów zjadło się.

3 października wyszedł ostatni numer „Biuletynu Informacyjnego” w Warszawie (kto wie, że potem w Krakowie wydawał go Kazimierz Kumaniecki, wybitny potem warszawski fiololog klasyczny?). Było po walce. Był to koniec pewnej epoki. Ludność wędrowała do obozu w Pruszkowie, wywożono ją i do innych obozów (jak Białoszewskiego), niektórzy dekowali się po okolicznych wsiach, a gdy się udało, wsiadali w pociągi, unosząc to, co mieli najcenniejszego – przeważnie życie.

Dodaj komentarz