35. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska – 19/03/2011 11:03

Sobotni ciemny dzień, należący jeszcze do odchodzącej zimy, po prostu się prosił o jakąś kulinarną zabawę. Wybrałam wyprawę w stronę Dalekiego Wschodu.

Na wrzącą wodę wrzuciłam krewetki, akurat miałam małe tzw. koktajlowe, mrożone, ugotowane (różowe). Przed gotowaniem szybko je rozmroziłam, przelewając wrzątkiem. Musiałam potem niestety mozolnie je czyścić, niebacznie kupiłam niedoczyszczone. W tym celu rozcinałam każdą na grzbiecie, aby usunąć czarną żyłkę. Każde krewetki warto dokładnie obejrzeć i doczyścić. A potem tych z marnej firmy więcej nie kupować. Nawet jeśli są tanie.

Gdy krewetki chwilę się w wodzie pogotowały, dorzuciłam do nich pokrojone w talarki marchewki i seler naciowy oraz różyczki selera naciowego. Przyprawy dodałam, jakie miałam: ze słoiczka różowy galangal (może być też starty imbir), nieco pasty tamaryndowej, trawkę cytrynową, dwa listki limonki kaffir (polecam, warto je mieć, są bardzo aromatyczne, pasują wszędzie tam, gdzie szukamy cytrynowego posmaku). Wszystkie te przyprawy są kwaskowe i nawzajem podkreślają swoje smaki, tworząc szczególną dalekowschodnią całość.

Po 7–10 minutach (warzywa powinny być chrupkie, nie można ich rozgotować) zupę wzbogaciła puszka kokosowego mleka. Po spróbowaniu dodałam do niej nieco soli i zielone curry w postaci gotowej pasty (można też dodać plasterki świeżej papryczki chili). Jeżeli czegoś w smaku będzie brakowało, można poeksperymentować ze szczyptą cukru, albo – przeciwnie – z sosem rybnym nuoc nam lub ostrygowym; kto gotuje potrawy egzotyczne, te sosy na pewno w lodówce ma.

Wielkiej filozofii w tym nie ma, całą zupę, bez obierania krewetek, gotuje się z 15 minut (dochodzi krojenie warzyw). Warto poszukać gotowej przyprawy tom yum, warto ją kupić, wtedy inne przyprawy nie będą konieczne. Niezbędne natomiast jest mleko kokosowe (może być w wersji light, jakkolwiek ja wolę pełne).

Z pieczywem lub ryżem zupa jest całkowitym posiłkiem, ale kto uważa, że białka w niej za mało, no i kto potrzebuje warzyw surowych, może obiad wzbogacić o kolejny element: sałatkę z rukoli ze smażonym tofu. Tofu wcześniej należy pokroić w plastry i zamarynować w jakiejś zalewie (moja składała się z sosu sojowego, oleju sezamowego i trawki cytrynowej). Potem usmażyć na oleju (wzięłam arachidowy). Zalewą z tofu zaprawiłam rukolę, po namyśle dokroiłam do niej nieco chrupkiej cykorii i ósemki pomidora.

Zupa była nie tylko rozgrzewająca, ale jakaś taka… optymistyczna. Wiosna za pasem!

Dodaj komentarz