To, co znajome dzieci lubią, nazywają babeczkami, ale tak naprawdę to muffiny. Uwielbiają mieszać ciasto
, dodawać owoce, nakładać do foremek, potem oglądać, jak się pieką, i wreszcie – jeść. Wyjeżdżając zabierają pudełeczko z wypiekiem, aby poczęstować rodziców, których z nimi nie było, i przyjaciół.
O tym, że muffiny są proste do upieczenia i antytalentom do wypieków udają się tak samo, jak wytrawnym specom od ciast – nie muszę przekonywać. Ale jeżeli ktoś jeszcze o tym nie wie, to go o tym informuję.
Aby do jedzenia nie było samo ciasto, dodałam do niego brzoskwinie. Powinny być te twarde, w żadnym wypadku nie rozmiękłe. Skoro jest pora na te owoce, korzystajmy z nich!
Pochodzą z Chin. Podobno stamtąd przywędrowały do Persji, a potem trafiły do parków i sadów Europy. W Chinach owoce są ważnym składnikiem kuchni. Od wieków podawano je jako dodatek do potraw, a niekiedy na zakończenie posiłku. Niezależnie od smaku, są uważane za lekarstwo, które ma zapobiegać, wzmacniać, leczyć. Chłodzą organizm i odżywiają jego „żeński” pierwiastek. Uczta opisana w klasycznej chińskiej powieści Wu Cz’eng-ena z epoki Ming, wydanej u nas pod tytułem „Małpi bunt”, nieprzypadkowo się nazywa Ucztą Brzoskwiniową. Odbywa się podczas niej „zjazd nieśmiertelnych”. Tę cechę zapewniają właśnie brzoskwinie i owoce gingko.
Wysoka zawartość witamin A i C, lekkie właściwości regulujące trawienie, to zalety brzoskwiń. Mają odczyn zasadowy, nie zakwaszają więc organizmu. Są niskokaloryczne. Uprawiane w zagłębiu owocowym Kalifornii, trafiają na stoły gwiazd, pilnujących wagi. Są składnikiem diet owocowych.
Drzewka brzoskwiń, mimo naszego surowego klimatu, w Polsce były znane już w średniowieczu, zdobiły ogrody epoki saskiej. Owoce podawano na ucztach.
W wieku XIX słynny francuski kucharz Escoffier, jako szef restauracji londyńskiego „Savoyu”, gdy słynna gwiazda sceny operowej Melba śpiewała w operze Wagnera „Lohengrin”, uhonorował ją specjalnym deserem. Znamy go do dziś, nazywamy po prostu melbą. Wtedy była to kompozycja lodów waniliowych i brzoskwiń, podana w srebrnym pucharku, złożona między skrzydłami lohengrinowskiego łabędzia wyciętego z lodu, przykrytego woalem z karmelu. W roku 1900, kiedy Escoffier otwierał restaurację w też londyńskim „Carltonie”, po raz pierwszy wpisał tę kompozycję do menu, jako Pêche Melba. Podał tę melbę już bez łabędzia, lecz z przecierem malinowym. Dziś zwykle na lody waniliowe kładzie się połówkę brzoskwini, ugotowanej w syropie (oczywiście bez pestki i skórki), przybraną purée malinowym. Zamiast niego dopuszcza się podanie lekko rozpuszczonych lodów porzeczkowych, aromatyzowanych kirschem. Owoce też mogą być inne, np. poziomki czy truskawki, ale brzoskwinie – to klasyka. Ale uwaga: prawdziwej melby nie uzupełniajmy bitą śmietaną ani innymi dodatkami, na siłę nie amerykanizujmy kuchni.
Opowiadając o brzoskwiniach, warto wspomnieć o ich pestkach. Dawniej je szeroko wykorzystywano do różnych celów, głównie kulinarnych, ale i kosmetycznych, i leczniczych. Dzisiaj postępuje się z nimi ostrożniej, zawierają pochodne kwasu pruskiego, wysoce szkodliwe. Podobno pestkom z brzoskwiń swój migdałowy smak zawdzięcza włoski likier amaretto. Podejrzewam, że dzisiaj dają go jakieś syntetyczne zapachy.
Ale wróćmy do owoców i „babeczek”. Razem z dziećmi wymieszajmy proste, szybkie i łatwe

Muffiny z brzoskwiniami po mojemu
15 dag mąki orkiszowej
15 dag mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody kuchennej
10–15 dag ciemnego cukru z trzciny
2 jajka
180 g jogurtu naturalnego
pół szklanki mleka
esencja waniliowa lub miąższ z pół strączka wanilii
3 brzoskwinie obrane ze skórki i pokrojone w kostkę
do uznania: 1/2 łyżeczki anyżu, cynamonu lub goździków
Składniki suche wsypać do miski, wymieszać składniki „mokre” i domieszać do suchych. Na końcu dodać kostki brzoskwiń i korzenie; ja dałam anyż. Piec 20–25 min, w piekarniku nagrzanym do 180 st. C. Polukrować lub posypać cukrem pudrem (zwracam uwagę na ten bardzo wygodny, z młynka).
A gdy dzieci już pójdą do rodzinnego domu, możemy przygotować francuski deser dla dorosłych. Przepis podaje Amerykanka Alicja B. Toklas:
Brzoskwinie płonące (pêches flambées)
Pożądane są świeże brzoskwinie, aczkolwiek mogą być zastąpione tymi z puszki. Jeśli są świeże, wziąć 6, włożyć do wrzącej wody na kilka minut, przykryć, a po wyjęciu obrać ze skórki. Już obrane, gotować z 1,5 szklanki wody na wolnym ogniu przez 3 – 4 minuty. Ułożyć na ogrzanym półmisku, posypać 1/4 szklanki cukru oraz zalać 3/4 szklanki brzoskwiniowej brandy. Przynieść do stołu i zapalić. Płonącym syropem polać brzoskwinie. Podawać płonące. Jest to deser prosty, szykowny i efektowny.