Wracamy z ciężkich robót, w dodatku po przebijaniu się przez całe miasto jesteśmy źli i zmachani, a jeść trzeba. Nic to, gdy mamy łososia. Upiecze się „sam”, a my zdążymy się odświeżyć i uspokoić.
Łosoś bez skóry i ości; warto wydać parę złotych więcej i takiego kupić. Cóż, dorzucimy koszt dodatkowy do szybszego przyrządzenia obiadu. Warto (oczywiście, gdy nas stać).
Filet takiego łososia (obmyty, osuszony) wkładamy do naczynia żaroodpornego wysmarowanego masłem, solimy (grubą solą morską, ale oszczędnie) i smarujemy gęstą śmietaną kremówką. Na wierzch sypiemy koperek. Można ze dwa kawałeczki masła położyć na łososiu nie pokrytym śmietaną (to nie jest konieczne, gdy łososia pokryjemy nią w całości).

Pieczemy dwadzieścia minut w 180 stopniach. Pod koniec można włączyć górny opiekacz, aby uzyskać nieco złotej skórki na śmietanie. To naprawdę wszystko. Gdy mamy schłodzone białe wino (np. chenin blanc) i bagietkę lub pieczywo w stylu włoskim – ręczę, że przy stole zmęczenie nam minie. A gdy do ostatnich kieliszków wina podamy ze dwa sery (u nas były pleśniowe: jeden łagodny, drugi z pieprzem), to będzie więcej niż relaks. To będzie uczta.

PS Kto chce, może łososia posypać białym pieprzem. A może zestrugać na śmietanę kawałeczek sera? Wolę tego nie robić, ale kto nie poda sera na deser, nich to uczyni. Na pewno warto przed podaniem obsypać rybę koperkiem świeżo usiekanym. Łosoś i koperek to para doskonałych kochanków.