Politycy przed 1939 i ich posiłki

dnia

Kontynuuję spojrzenie na historię kulinarną świata władzy i wielkiej polityki, tym razem w wymiarze globalnym. Dwa teksty z „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” dotyczą dwóch polityków, którzy mieli wkrótce wpłynąć na losy świata, czyli wielu milionów ludzi. Za ich plecami czaiła się już kolejna wojna, nazywana światową. Ten pożar miał wybuchnąć już za pięć lat. W roku 1934, gdy wydrukowano zacytowane poniżej teksty, niektórzy tę wojnę przewidywali (Welles, angielski pisarz, wieszczył, że wybuchnie w roku 1940 i zniszczy całkowicie Europę), inni nie byli w stanie w nią uwierzyć.

A oto ludzki wymiar historii politycznej świata. Co jedli przywódcy narodów, które miał tak niedługo pochłonąć ogień walk. Jacy byli?

Oto pierwszy z nich, prezydent jednego z największych państw ówczesnego świata, na razie pochłoniętego własnymi kłopotami, na razie od świata się izolującego. Za sześć lat dopiero miało się to zmienić. Spójrzmy, jak wyglądała prywatność, czyli



Zwracam uwagę, jaką rolę pełniła ówczesna Pierwsza Dama, to ona odpowiadała za to, co i jak w Białym Domu podawano, jak przyjmowano gości, o czym rozmawiano, wreszcie: co jedzono. Przypominam, teksty cytuję dosłownie, ich ortografia nie odpowiada nam współczesnej. Oba artykuły przytaczam we fragmentach:

W stroju i zachowaniu się pani Roosevelt ma wiele prostoty. Ma skromny naszyjnik, któryby mógł ozdabiać szyję pensjonarki, prostą sukienkę, a przytem twarz jej nie wykazuje śladów szminki. Przedstawia ona typ kobiecy, znany dobrze w krajach anglosaskich i skandynawskich, kobiety pasjonującej się dla spraw społecznych i politycznych. Toteż pani Roosevelt nie przepada za długiem celebrowaniem przyjęć i rautów, gdyż woli zebrania komitetów, akcję społeczną i wogóle wszelkie „rzeczy realne”.

Menu obiadu u pani Roosevelt jest niesłychanie skromne i składa się z parówek, puree z ziemniaczków, przystawek i filiżanki kawy. Na stole niema win, lecz tylko woda sodowa.

Pani Roosevelt jest osobą niesłychanej energji. Prowadziła ona jedną ze szkół i zarządzała wielką fabryką mebli, a równocześnie miała czas na pisanie artykułów do pism, oraz na stałe wygłaszanie odczytów przez radjo.

– Nie miałam zamiaru zamieszkiwać w Białym Domu – opowiada p. Roosevelt. – Uważałam, że w ten sposób mąż będzie miał więcej kłopotu. Skoro jednak tak się już stało, chcę, ażeby wszystko szło jak najlepiej. (…)

Prez. Roosevelt odbywa stale konferencje z prasą. Prezydent oczekuje nas, zagłębiony w fotel. Uśmiecha się i lewą ręką wystukuje lekko rytm na stole.

– Czy winogrona smakowały panu prezydentowi? – zapytuje jeden z dziennikarzy, wskazując złocistą kiść winogron, którą umieszcza się stale na biurku Roosevelta w czasie jego godzin pracy. Prezydent krzywi się z niesmakiem, jakby miał dosyć tego codziennego pożywienia. Odsuwa talerz i rzuca kilka uwag rozmaitym dziennikarzom, do których odzywa się po imieniu. Za plecami prezydenta widnieje olbrzymi, jedwabny sztandar gwiaździsty, który przypomina, że jesteśmy w biurze kierownika nawy państwa. (…)

Jak widzimy, Biały Dom prezentował protestancki etos pracy i życia codziennego. Prostota, celowość, bezpretensjonalność: te cechy musiały dziwić dziennikarza europejskiego, przyzwyczajonego do polityków odprawiających jeszcze dziewiętnastowieczne rytuały, także w kontaktach z prasą, ale i w celebrowaniu swojego rządzenia. Aby dostrzec tę różnicę, wystarczy sięgnąć do menu prezydenta II Rzeczypospolitej, które przytoczyłam wczoraj, i porównać je z daniami obiadu podanego w Białym Domu. Ameryka to naprawdę był wtedy Nowy Świat!

A jak wyglądała prywatność postaci, która stała się już wkrótce demiurgiem dla starego i nowego świata? Oto w całej swojej okazałości

Ten pan z wąsikiem, który dzisiaj wydaje się groteskowy, fascynował wówczas zwłaszcza wiele pań. Trudno w to uwierzyć, ale nie tylko Niemcy i Niemki ulegały jego urokowi. Ten urok działał na zmysły, ale nie na rozum. Za uwielbienie dla Wodza przyszło zapłacić bardzo wysoką cenę. Pozostała nauka, że uwielbienie w stosunku do polityków lepiej powściągać, mistycyzm pozostawić postaciom historycznym lub świętym, a miłość odczuwać w wymiarze prywatnym.

A oto przykład przedwojennej fascynacji postacią dla nas tak złowrogą. Zwróćmy także na otoczenie Wodza, ono także jest znamienne. Tekst właściwy poprzedza słowo od redakcji IKC, także ciekawe:

Od dzisiaj Niemcy wkraczają w drugi rok panowania narodowego socjalizmu, którego twórcą i kierownikiem jest kanclerz Rzeszy Adolf Hitler. Osobistość ta – bez względu na takie, czy inne
nastawienie w stosunku do jego programu i poczynań – zaważyła niewątpliwie na szali polityki europejskiej i dlatego też jest przedmiotem powszechnego zainteresowania. Stosunkowo mało się wie o życiu prywatnem Hitlera i dlatego sądzimy, że artykuł poniżej zamieszczony, opisujący nam kanclerza Niemiec w życiu codziennem – pióra niemieckiej autorki bar. Doblhoff – wzbudzi, zaciekawienie u naszych Czytelników.

Berlin, w styczniu [1934].

„Zetknąć się z tym lub innym „wodzem” jest rzeczą prawie niemożliwą. Podobno nawet ich najbliżsi przyjaciele, ich współpracownicy, z trudnością to uzyskują, gdyż „wodzowie” ciągle są w szalonym ruchu, raz tu, to znów tam, ciągle w drodze między różnemi urzędami, albo reprezentacyinemi obowiązkami, każdy z nich ma bowiem trzy, cztery różne pola działania.

Ich polityczne zasady są ogólnie znane, gdyż kilkakrotnie w ciągu dnia za pośrednictwem radia i dzienników obwieszczają je światu. Lecz kto oni są jako ludzie, widziani z bezpośredniej bliskości, czy mają także życie prywatne, czy są także czasem ludźmi? Około Hitlera, Goeringa i Goebbelsa utworzyła się już prawdziwa legenda. (…)

W pierwszej chwili poprostu nie chciałam też dlatego wierzyć, iż to jest istotnie Hitler, gdy spotkałam się z nim na pewnem zebraniu popołudniowem. Oto stoi tam i uśmiecha się. Nie myśli o sobie, zadumany marzycielsko, prawie dziecinny. Ten uśmiech nie pochodzi z duszy, odnosi się wrażenie, iż kanclerz może nawet sam nie wie, dla kogo jest ten uśmiech. Lecz ten jego swobodny uśmiech jest tak żywotnie związany z jego postacią, żyjącą w wyobraźni narodu wraz ze wszystkimi tysiącznemi szczegółami, jak jego wąsy albo kosmyk włosów, spadający na czoło. (…)

Odsuwa wszystko, z czemkolwiek ktoś się do niego zbliża. W międzyczasie cichym głosem rzuca krótkie uwagi. – „Człowiek potrzebuje znacznie mniej pożywienia, niż to zwyczajnie sądzimy”. On – używa dobranych słów, nie mówi np. „jedzenie”, lecz „pożywienie”. Gdy wygłosił jakieś zdanie, jego przyjaciele i zwolennicy, pochłaniający namiętnie każdą jego sylabę, podchwytują to lub inne słowo i dają mi, jako gościowi nienależącemu do tego grona, szczegółowe komentarze. Tak… oni wogóle nie rozumieją, że kanclerz jest w stanie tyle pracować, a przytem tak mało jeść! Bo on prawie nie jada! Czy wiem, że jest jaroszem, nigdy nie spożywa mięsa i nigdy nie używa alkoholu. Odzwyczaił się nawet od kawy, a tylko kilka razy w ciągu dnia pije gorące mleko. A gdy oni mi to wszystko opowiadają, wyglądają ci groźni, pleczyści i rośli mężczyźni jak dzieci, które przesuwają barwne obrazy w latarni magicznej, aby postać swego wodza jeszcze czemś na nowo upiększyć.

Hitler stoi teraz przy fortepianie i poczyna mówić o muzyce. Już się nie uśmiecha, zapatrzony jest gdzieś przed siebie, a ręka jego wykonuje takie same niepewne, nieświadome ruchy, jak przedtem nieosobowym był jego uśmiech. „Każda muzyka jest wspaniała… Muzyka jest czemś najpiękniejszem w życiu”. I jeszcze raz z cicha powtarza: muzyka… (…)

Czasami przez kilka chwili zajęty jest kosmykiem włosów, spadających mu na czoło i stara się je w tył przygładzić. Ale włosy te nic sobie z tego nie robią, podobnie jak i grono otaczające wodza i już w chwilę później są znowu na czole, wobec czego towarzysze partyjni mają znowu przed sobą wodza, tak jak się już przyzwyczaili go widzieć.

Na pożegnanie całuje on każdą damę w rękę z taką samą gorliwością, z jaką przedtem rzucał swoje uwagi. (…)

O codziennem życiu prywatnem Hitlera krążą przeróżne pogłoski i wersje. Tak np. twierdzi się, iż naprawdę dobrze śpi w samolocie, pewna fabryka samolotów chciała mu przeto ofiarować maszynę z wbudowanem łóżkiem. Inni zapewniają, że obiad spożywa w swej pracowni przy biurku. Takie opowiadania są może interesujące, ale niewiele na tem prawdy.

Kanclerz sypia tylko pięć godzin; o godzinie 7-ej rano już pracuje w swem mieszkaniu, o 9-ej śniadanie, które zajmuje mu zaledwie 10 minut czasu, a potem wyjeżdża do pałacu kanclerskiego. Niezwykle obfity obiad spożywa zawsze w domu, a jedyne potrawy, które szczerze lubi, to są słodkie leguminy, jak je Hitler nazywa „c. i k. leguminy”. (…)

Ten fanatyzm graniczący z fetyszyzmem, jakim jego zwolennicy darzą Hitlera, pozostanie dla nas wiecznie niezrozumiałym, a da się tylko w ten sposób wyjaśnić, że w Niemczech odezwał się głos, który umiał wywołać tę specyficznie niemiecką psychozę mas. Każdy zapewniał mnie, że ktokolwiek niezależnie od najdalej idących wątpliwości słucha mowy Hitlera, to jednak musi się poddać tej bezprzykładnej suggestji. Ja słyszałam go kilka razy, ale nie mogłam na sobie stwierdzić tego rodzaju działania.

Z drugiej strony widziałam jednak, jak bardzo to „oddanie się“ uszczęśliwia niemieckie masy. Raz znalazłam się w zbitym tłumie, gdy Hitler i prez. Hindenburg w samochodzie jechali przez aleję „Pod Lipami“. Przedemną stała jakaś mała kobieta mieszczańskiego pochodzenia i – jak to bywa nieraz w historycznych czytankach – podniosła w górę swego cztero- czy też pięcioletniego synka, aby mógł ten samochód zobaczyć. Gdy dziecko znowu postawiła na ziemi, zapytała zcicha: „Czy widziałeś go?”. Dziecko potwierdziło to skinieniem głowy. Widocznie nie ulega już dzisiaj w Niemczech żadnej wątpliwości, kogo oznacza słowo „on”. Po kilku chwilach kobieta ta znowu zwróciła się do dziecka: „A Hindenburga także?”. Obok Hitlera jest Hindenburg, bohater wojny, wódz miljonów niemieckich żołnierzy, prezydent dzisiejszych Niemiec… także!

Roosevelt z parówkami i Hitler z salzburskim omletem lub strudlem… Oto kto już wtedy, w roku 1934, rozstawiał figury i pionki na szachownicy świata. Zwykli ludzie, tacy jak my. Banalne upodobania, banalne uwagi Hitlera mogą dziwić. Ale właściwie… rozejrzyjmy się po naszym świecie. Czy zawsze wybieramy na przywódców wyrafinowanych intelektualistów i pełnych powagi naukowców? Czy nie wolimy czarnoksiężników i ludzi, którzy są właśnie tacy jak my?…



Dodaj komentarz