Udało się znowu być w kinie. Nie tylko obejrzałam film, ale i wyciągnęłam praktyczne wnioski z wątku kulinarnego, który pełni w nim ważną funkcję. To wątek szarlotki, a raczej ciasta z jabłkami i gruszkami. Kto spośród kilkunastu godnych uwagi filmów wybrał ten, na którym i ja byłam, wie o czym mówię. To „Rzeź” Romana Polańskiego. Kolejny z obrazów, które albo śmiertelnie nudzą, albo zapewniają 80 minut dobrej zabawy. Z góry powiem: ja bawiłam się dobrze i nie nudziłam ani, ani.
Pewnie, że oglądanie dwóch par małżeńskich w średnim wieku, przerzucających się epitetami, aluzjami, wreszcie i wyzwiskami, nie jest czymś specjalnie odkrywczym. Kto lubi na ekranie oglądać wartką akcję, kto szuka zagadki i wielu splątanych wątków – niech wyjście do kina sobie tym razem odpuści. Ale dla kogo liczy się gra aktorska, „cienki” dialog, subtelna gra psychologiczna – śmiało może na najnowszego Polańskiego przyjść. Wyjdzie zadowolony. Zwłaszcza, że zakończenie – nieoczekiwane, dowcipne, ale i dające do myślenia (co jest wolnością, co niewolą) – wprawia w dobry nastrój, jak kropka w jednolitym obrazie postawiona nagle czerwonym atramentem. Nie zdradzę, za pomocą jakiej postaci (hm), reżyser daje nam do myślenia na końcu filmu.
O fabule tej sfilmowanej sztuki teatralnej wiele wiadomo z recenzji. Dwie pary małżeńskie rozprawiają się z kwestią, jak podejść do sprawy, że ich synowie popadli w konflikt. Przy czym nie wyjaśnią sobie do końca, kto był winowajcą, bo to rychło dla nich przestaje istnieć. Na pierwszy plan wyłazi „samo życie”. Aktorzy – znakomity casting – są w swych rolach znakomici.
Oprócz wyjaśniania kwestii wychowawczych, co się kończy formułowaniem ogólnych postaw życiowych, jedzą przygotowane przez panią domu ciasto. Umownie nazywam je szarlotką. Zresztą nawet na ekranie powstaje kwestia, co jedzą: placek na kruchym spodzie (pie), czy ciasto (cake). Wyjaśnia się, że jednak cake, bo bez kruchego spodu Z przepisem zaczerpniętym od teściowej, jakkolwiek nowatorsko wzbogaconym przez synową; oczywiście to dopiero jej ciasto staje się pyszne. Chociaż… Ale i tu nie zdradzę szczegółów.
Pomysł upieczenia takiego ciasta mnie zainspirował. Dzisiaj ostatecznie dzisiaj zdecydowałam, jak to zrobić (w filmie instrukcji pieczenia niestety brak; proszę moje słowa potraktować jako żart). Od razu śpieszę nadmienić, że nie jest w ogóle specjalistką do ciast, ani nie mam do nich tzw. dobrej ręki. Za to od czasu do czasu mam masę zapału i dobrych chęci. A że rodzina od czasu do czasu spożyje zakalec? Nawet to lubią, zwłaszcza w cieście czekoladowym.

A oto jaki wybrałam spód do ciasta:
4 jajka
15 dag masła lub dobrej margaryny
10 dag cukru plus cukier waniliowy
skórka starta z 1 umytej cytryny
4 jajka
4 łyżki mleka
20 dag mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
5 dag zmielonych migdałów
Najpierw utrzeć masło z jajkami i cukrem, potem dodawać po trochu pozostałe składniki. Ciasto wlać do okrągłej tortownicy odpowiednio przygotowanej (ja piekłam w silikonowej, nic więc nie trzeba smarować itp.). Na ciasto wyłożyłam pokrojone 2 jabłka granny smith (zielone) i 2 gruszki przesypane oszczędnie cukrem i cynamonem świeżo startym z młynka. (Uwaga: nie przepadam za ciastkami pieczonymi z rozgotowanych owoców, dlatego jabłka do szarlotki zwykle kroję w pasterki, tak zrobiłam i dzisiaj; ale kto woli mus jabłkowy, może oczywiście go dać, będzie zapewne lżejszy i spód pewniej się dopiecze). Piekłam 40 minut w temperaturze 200 stopni. Potem wierzch posypałam brązowym cukrem i migdałami skrojonymi w słupki. Zapiekałam 5 minut pod opiekaczem. Cukier się skarmelizował ale w smaku nie czuć spalenizny, którą sugerowałoby zdjęcie.

Dopowiem jeszcze tylko jedno: ciasto filmowe wyglądało mniej apetycznie. Właściwie była to paćka, nie ciasto. Nic więc dziwnego… ale o skutkach – jest w filmie. Choć, uczciwie powiem, nie tylko ciasto je spowodowało.