21. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska – 19/02/2011 8:53

Weekendowa lekka lektura warta przelecenia, to kolejna z książek odkrywających przed ludźmi północy świat południa. Poprawi nastrój, pozwoli przetrwać atak lutowego mrozu. Takich pozycji jest sporo. Nasuwają się: zachwyt Prowansją (oczywiście u kanonicznego Petera Mayle’a) lub Toskanią (pokochały ją Amerykanki), czy poznawanie jednej z wysp greckich przez Szwedkę (mogłaby być ciekawsza ta pozycja pt. „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi”, stanowczo za mało w niej tych pomidorów… ale jako poradnik dla kogoś, kto chce kupić grecki dom…). A to tylko przykłady.

Z biblioteki przyniosłam kolejną: Carol Drinkwater „Oliwkowa farma”. Zaczęła się o tyle dobrze, że przywołała moje wakacyjne wspomnienia pewnego uroczego pobytu w pobliżu langwedockiej miejscowości Agde. Na szczęście mało znanej, a że w dodatku odwiedzonej przez nas już w październiku, cudnie pustawej. Za to z ciepłym morzem, z sympatycznymi sklepami w starym Agde oraz typowo południowym targiem w okolicach portu. To właśnie o tym targu pomyślałam, czytając opis drzew oliwnych i ich owoców w pozycji pani Drinkwater.

Autorka książki, Angielka, z mężem, Francuzem, (sytuacja rodzinna jest opisana, co daje pewien rys psychologiczny, czyli „życiowy” opowieści) zamieszkali w Prowansji. Kupili tam stary dom w zapuszczonym sadzie oliwnym. Remontując go, ambitnie przymierzają się do odrodzenia ich uprawy. Dlaczego? Dla ich owoców.

„Oliwka to gorzki owoc i nie da się jej jeść prosto z drzewa”, przypomina nam autorka. Podaje dalej znane sobie „cztery sposoby na wykorzystanie oliwek” (nieco tłumaczenia nawala, powinno być: „sposoby wykorzystania oliwek”): „wyciskana z nich oliwa; przechowywane w słoikach w solance lub marynacie i dodawane do aperitifu lub do sałaty; do gotowania; przetworzone w tapenadę, pastę wyprodukowaną po raz pierwszy przez niejakiego Monsieur Meyniera z Marsylii pod koniec dziewiętnastego wieku. Nazwa pochodzi od tapeno, prowansalskiej nazwy kaparów (najlepiej świeżych, zwłaszcza tych uprawianyych w Camargue) i anchois. Można ją rozsmarować na ciepłej grzance i podawać z dobrze ochłodzonym winem, coś przepysznego”.

Po tym opisie sięgnęłam do pamięci i zdjęć. Są na nich i oliwki, jest i tapenada. Naprawdę wyborna! „Larousse gastronomique” podaje znacznie bogatszy jej skład niż ten z naszej książki. Odpestkowane oliwki uciera się z oliwą oraz: sokiem z cytryny, niekiedy aromatyzując d’eau-de-vie de marc, czyli wódką z owoców (najlepiej z winogron, w rodzaju włoskiej grappy). Dodatkami mogą być też: kawałki tuńczyka, gorczyca, czosnek, tymianek, liść laurowy. Obowiązkowe są kapary (z Tulonu) i odsolone anchois. „Larousse” podaje także inne warianty podawania tapenady: ze świeżymi warzywami – selerem naciowym, fenkułem czyli koprem włoskim, pomidorami lub jako dodatek do jaj na twardo, mięs i ryb z grilla.

Taką tapenadę można zrobić samemu, w moździerzu lub malakserze. Ale… można i u nas się wybrać do sklepu (hipermarketu) i kupić ją w słoiczku. (Na trzecim zdjęciu obok stylowego sosu czosnkowego i kaparów).

Zastosowań kulinarnych oliwek jest więcej niż zna autorka książki, chyba że wrzuca je w swoje określenie „do gotowania”. Zwłaszcza, że nie tylko Francja nimi słynie. Są mocną pozycją wśród hiszpańskich tapas, składnikiem greckich, arabskich i izraelskich sałatek (samodzielnie się je marynuje), dodatkiem do włoskiej pizzy i nie tylko (Włosi mają swoją pastę w rodzaju tapenady)… Po prostu cała Mediterranea nimi się żywi. A że oliwki tak pasują do wina? Nic dziwnego, osłabiają działanie alkoholu, zawierając tłuszcze, dodatkowo zdrowe.

Dodaj komentarz