Cocktaile amerykańskie trafiły na grunt europejski w pięknych latach dwudziestych XX wieku. Ich ekspansja zaczęła się w Paryżu, razem z jazzem, dancingami i wesołym, wręcz szalonym życiem bohemy amerykańskiej przeszczepionej tu z Stanów po I wojnie światowej. Niedawno tę bohemę, nazywaną straconym pokoleniem (lost generation), oglądaliśmy w filmie Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”. To bractwo spod znaku szalonej zabawy uczyniło modnymi mieszaniny napojów alkoholowych, nazywane cocktailami. Stara, poczciwa Europa się broniła przed tymi wynalazkami, jak mogła. Na próżno. Cocktaile pijemy do dziś. A oto, jak przebiegała nierówna walka, skazana na porażkę, ze strrraszna modą na alkoholowe mieszaniny. Był rok 1929. Donosił „IKC”:

Paryż, w sierpniu.
Dwaj wybitni lekarze francuscy, dr. Guillain i prof. Sergent z uniwersytetu par., potępiają jak najostrzej rozpowszechnioną w Paryżu modę cocktaili, widząc w niej groźne niebezpieczeństwo. Dr. Guillain stwierdził, że alkoholizm i jego następstwa w postaci chorób nerwowych zmniejszyły się znacznie w kołach niezamożnej ludności, podczas gdy jego bogata klientela podpada im coraz więcej. Obaj lekarze stwierdzili, szczególnie u młodych ludzi, podrażnienie serca, wadliwe trawienie, ciężkie ataki nerwowe, schorzenia wątroby, kurcze żołądkowe, bezsenność i depresję, nieraz zaś stan chronicznego rozstroju nerwów. Liczne wypadki samochodowe należy również przypisać temu rozstrojowi psychicznemu. Dalej przypisują lekarze francuscy również i ataki epilepsji oraz cały szereg innych chorób szkodliwemu działaniu tego modnego, z Ameryki przywiezionego napoju. Dr. Finot obliczył, że jedna szklaneczka cocktailu o zawartości 75 cm. sześciennych płynu, zawiera przy każdej mieszaninie 35 gr. alkoholu. W ten sposób każdy z nowoczesnych młodych ludzi, konsumujący dziennie 4 szklaneczki cocktailu, wchłania około 150 gr. alkoholu, a zatem ilość, którą skonsumować potrafią tylko „zawodowi” alkoholicy. Z drugiej strony jest wiadomem, że alkohole, służące do sporządzania cocktailu, jak gin i whisky, pędzone ze zboża, są bardziej trujące od alkoholu zawartego w winie. Jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, że wytrzymałość fizyczna dzisiejszej młodzieży jest bardzo wystawiona na próbę przez sport i tańce, to nadmierna konsumpcja alkoholu jest zupełnie słusznie troską lekarzy. Osłabione nierozsądnym trybem życia organizmy młodzieży wielkich miast padają potem z łatwością ofiarą gruźlicy.
Jeśli jakiś biedak sięga do alkoholu, ażeby zapomnieć o swoich troskach, wówczas jest to łatwiej zrozumiałe, niż jeżeli ludzie z najlepszej klasy społecznej zatruwają się przez głupie naśladownictwo modnym trunkiem.
Po lekturze notki wszystko staje się jasne. Zaniepokojeni wytwórcy win wszczęli kampanię przeciw koktajlom. Czy autor wiedział, o czym pisze? Chyba nie bardzo, skoro używał nazwy cocktail w liczbie pojedynczej. Ale dramatyzm notki zapada w pamięć. Podobnie jak wielu podobnych idiotyzmów, pojawiających się na łamach brukowców do dzisiaj. Ten rozczula, bo taki staroświecki.