Stare gazety zawierają niebywałe skarby. Różnej jakości, jak to gazety. I plewy, i ziarno. Oto w wyjątkowo ohydnym przedwojennym pisemku antysemickim (ONR jako żywo), znalazłam uroczy wierszyk o tematyce kulinarnej. Jego autorem był Mikołaj Biernacki, pisujący pod pseudonimem Rodoć. Był satyrykiem dziewiętnastowiecznym, poruszał się w obszarze obyczaju i, na ile to było możliwe wówczas, polityki. Miał nawet proces polityczny, o szerzenie nieprawomyślnych haseł (ciekawe, czy redaktorzy pisemka o tym wiedzieli). Pod koniec XIX wieku wydawał we Lwowie „Tygodnik Polski”. Zmarł w roku 1901.
Oto satyra jego autorstwa na obżartuchów, tutaj więc jak najbardziej na miejscu:
– Garson! Proszę o nakrycie!
– Wiem, w osobnym pokoiku.
– Nie jestem przy apetycie…
– Może czystego barszczyku?
– Ej! nie, wolę bulion jaki,
A przed tym, jak zwykle – raki
Ze śmietaną, tak, obficie.
– Słucham pana. A co potem?
– Nie jestem przy apetycie…
– Może kurczęta z kompotem?
– Wolę już pieczeń wołową,
Z rożna, wiesz, na pół surową,
Przerastaną należycie.
– Jest, proszę pana.Co jeszcze? – Nie jestem przy apetycie… – Może lin, węgorz, leszcze? – Rybka ujdzie, byle tłusto, Więc lin, z duszoną kapustą. Po rybce – połowę kaczki. – Rozumiem. A co na wety? – Na wety zwykłe przysmaczki. – Może strasburskie pasztety? – To, to, to, Ach, nędzne życie! Nie jestem przy apetycie…
Zauważmy przy okazji, że jest to doskonały obraz ówczesnej kuchni, oczywiście kuchni ludzi zamożnych. Oni nie jedli, oni żarli! Nic dziwnego, że po pięćdziesiątce wkraczali już w starość. Taka jest prawda o prawdziwie polskiej kuchni. Przeżyliśmy dzięki biedakom, którzy mięso jedli raz w tygodniu, w niedzielę.